Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

SŁOWIANSKA SIŁA ZBROJNA  -  SLAVIC ARMED STRENGHT

 Słowianie, najliczniejsza etnicznie i językowo indoeuropejska grupa ludnościowa w Europie, zamieszkująca obecnie środkową, wschodnią i południową część tego kontynentu. W średniowieczu, od Vw. Słowianie Zachodni zamieszkiwali ziemie między Morzem Bałtyckim, Łabą, Hawelą, Odrą i Wisłą. Zwani też byli Wenedami (raczej niesłusznie) lub Chąśnikami. Część plemion (Słowianie Połabscy) zajmowała tereny między Odrą i Łabą i dalej na zachód, w okolicach dzisiejszego Hamburga i do Bawarii i Tyrolu (Żytyce, którzy wymieszali się z Bawarami i Szwabami, Bawarzy pochodzą częściowo od Awarów, ludu ugro-ałtajskiego ale to inne zgadnienie). Ich łupieżcze wyprawy wojenne docierały do dzisiejszej Francji - Alzacja, złupienie i spalenie Strassburga (nękając tamtejsze plemiona germańskie Franków, Burgundów, Allemanów, Wizygotów, Herulów, Anglów, Jutów, Sasów, oraz celtyckich Galów i Belgów), Szwecji, Norwegii, Kurlandii, wysp Bornholmu i Gotlandii oraz Wysp Alandzkich. Systematycznie napadali na Duńczyków (Ranowie), docierali do Brytanii, wszędzie siejąc pożogę, śmierć i przerażenie. Ranowie, Obodryci i Wieleci a prawdopodobnie również Słowianie z dzisiejszego Pomorza, samodzielnie lub wspólnie z Waregami (wikingami szwedzkimi) penetrowali ziemie ruskie wzdłóż rzeki Wołgi aż do Konstantynopola. Słowianie Południowi pustoszyli Peloponez (Grecja), Bizancjum (Konstantynopol). Docierali do greckich wysp na Morzu Egejskim, wybrzeży Anatolii (Turcja) a nawet do Egiptu (złupienie Aleksandrii).

  Dlaczego piszę o Słowianach? Temat w czasie dzisiejszej globalizacji i postępu technologicznego tak niemodny, interesują się nim tylko naukowcy i nieliczni entuzjaści. Ja jednak odczuwam taką potrzebę, może to taki zew krwi, może to tzw. pamięć genetyczna. Może, mimo tego że przecież już od dość dawna nie jestesmy czyści rasowo na skutek zawirowań historycznych, wędrówek ludów, wojen, obcego osadnictwa. Mamy w sobie genotyp różnych ludów europejskich i azjatyckich, różne są też typy antropologiczne. Ja posiadam bardzo rzadką w Polsce i na świecie grupę (podgrupę) krwi: A1B Rh - (minus). Główna grupa AB na ogół nie przekracza 8 % w Polsce i na świecie, podgrupy 1 i 2 jeszcze mniej tylko to chyba, jak się wydaje, o niczym istotnym nie świadczy.

Trochę mało znanych ciekawostek o Słowianach
  Słowianie, o czym nie wszyscy zdają sobie sprawę, byli ludem ekspansywnym. Ślady ich osadnictwa znajdowano w różnych krajach. Zasiedlili Grecję (Peloponez), Kretę, Azję Mniejszą, Syrię, Półwysep Iberyjski, Maroko. Liczni Słowianie występowali w Egipcie. Poza tym osady słowiańskie znaleziono w Skandynawii, na wyspach Bornholm i Gotlandii, które były też systematycznie przez nich napadane i łupione, oraz w północnych Włoszech. Ślady osadnictwa w Islandii datuje się mniej więcej na ten sam okres co osadnictwo Germanów skandynawskich. Przypuszcza się że mogli brać udział wspólnie z Norwegami Leifa Ericsona w wyprawach do Grenlandii i do Nowego Świata - czyli Ameryki nazwanej wtedy przez nich Vinlandią. * Słowianie, co było rzadkością w średniowieczu, dbali o higienę. Każda wieś posiadała przynajmniej jedną łaźnię. * Skandynawowie przejęli od Słowian topór. Nawet nazwa pozostała ta sama taparoex. * Berlin, Drezno, Lipsk, Greifswald, Brema, Wolgast, i wiele innych miast niemieckich zostało założonych przez Słowian.* Niektóre monety Bolesława Chrobrego miały napisy w cyrylicy. Na monetach Mieszka I, obok będącego w centrum krzyża, znajdują się swastyki, czyli symbole solarne. * Nieodłącznym elementem mody słowiańskiej były kabłączki skroniowe. Kobiety zawieszały je na opasce noszonej na głowie w ten sposób, że zwisały one na wysokości skroni. Po miejscu ich występowania możemy poznać, gdzie przebywali Słowianie, a gdzie nie. * Słowianie budowali wspaniałe łodzie przystosowane do podróży morskiej. Różniły się one od skandynawskich tym między innymi, że były mniej smukłe, czyli mniej szybkie i mniej zwrotne, ale za to mniej wywrotne i przystosowane do transportu koni (ogółem do łodzi wchodziło 40 ludzi i kilka koni). Na tych łodziach Słowianie łupili Wikingów i Brytów (Piktów, Szkotów, Anglów). Jedną z metod walki na morzu z Wikingami było taranowanie ich długich łodzi - drakkarów, które jako mniejsze i słabszej konstrukcji nie wytrzymywały uderzenia. Systematyczne wyprawy wojenne Ranów na Duńczyków doprowadziły do utraty jednej trzeciej części mieszkańców Danii. * Nazwy czterech rodzajów statków przejęli Wikingowie. Ich łodzie były budowane przy użyciu gwoździ, które w kontakcie z wodą morską szybko ulegały korozji. Słowianie natomiast używali drewnianych klinów i kołków co bardzo przedłużało ich trwałość. * Dzięki Słowianom Germanie południowi (np. Niemcy) zaznajomili się z ogórkami (gurken), a także z czereśnią turecką i brzoskwinią, hodowaną w Polsce już w IX w. * Słowianie byli mistrzami w budowie drewnianych mostów. Najdłuższy z nich na jeziorze Teterow (obszar dawnego RFN) liczy 3 m szerokości i 750 m długości. * Germanie przejęli od Słowian słowo gród. Widać to choćby w takich określeniach: asgard, gardarike itp.

Ostatni bój Światosława. Poległ w walce z Pieczyngami. Obraz Nikołaja Oweczkina

WIKINGOWIE I SŁOWIANIE. Najnowsze odkrycia.
Jak dowiadujemy się z najnowszych odkryć archeologicznych przeprowadzanych przez polski zespół archeologów na Dalekiej Północy pod kierunkiem prof. Przemysława Urbańczyka, słowiańscy żeglarze, niewykluczone, że nawet z terenów położonych nad Wisłą, uczestniczyli w wyprawach Wikingów na północny Atlantyk a co więcej brali udział w zasiedlaniu dalekiej Islandii. Potwierdzają to, odkryte w ostatnich latach w Skandynawii ślady typowo słowiańskich chat z IX - X wieku, zupełnie odmiennych od ówczesnej zabudowy miejscowej. Takie chaty znajdują się w Danii, Szwecji, Norwegii oraz właśnie na Islandii. Polscy archeologowie zajmują się badaniami na Islandii od 1999 r., poszukując najstarszych śladów osadnictwa na wyspie. Profesor Urbańczyk prowadził także wiele badań m.in. na Lofotach, gdzie odkrył zaginione miasto Wikingów - Vagan, oraz za kręgiem polarnym, na przylądku Norkap. Jak podkreślał, od samego początku badań na wyspie lodu, pojawił się wątek słowiański, bowiem znanym jest faktem, że Słowianie wraz z Wikingami docierali do północnej Norwegii, i na Islandię, i tam też się osiedlali. Nie byli to ani jeńcy ani niewolnicy, bowiem w tradycji Wikingów budowa domów była atrybutem ludzi wolnych. Wikingowie nie tworzyli jeszcze jednorodnego narodu, byli raczej kastą czy grupą zawodowych kupców, żeglarzy i piratów. Nie wiemy też dokładnie jacy Słowianie zatem przystępowali do tej nordyckiej społeczności, choć mówi się o Połabianach. Wikingowie cenili ludzi potrafiących walczyć i budować okręty, ludzi znających się na żeglowaniu. Zatem Słowianie słynący z tych cech, a także znani z piractwa na Bałtyku i Morzu Północnym nie byli przez Wikingów odtrącani. Osadnictwo na Islandii doprowadziło jednak do znacznej dewastacji wyspy (m.in. wycięto lasy), choć sprowadzono na nią bydło, niezbędne do przeżycia w tamtych czasach.

Kadr z filmu Stara BaŚń Jerzego Hoffmana
Kadr z filmu Stara Baśń Jerzego Hoffmana, na podstawie powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego pt. "Stara Baśń".

SŁOWIAŃSKA SIŁA ZBROJNA
Slavic armed strength


    Wbrew romantycznym wizjom świtu naszej państwowości, którym tak chętnie ulegamy, powstanie Państwa Polskiego, które ostatecznie miało miejsce w połowie X wieku, nie mogłoby dokonać się bez udziału siły, a postępująca centralizacja władzy książęcej nie istniałaby bez wiernej siły zbrojnej - drużyny.
IGOR D. GÓREWICZ 2004-05-06
    Niestety tworzeniu się tego istotnego aspektu państwowości słowiańskiej towarzyszą stwierdzenia o zewnętrznym czynniku "inspirującym" Słowian do organizacji siły wojskowej.

"Pierwsza armia państwowa"
    Już w poprzedzających Mieszka I wiekach rozpoczęło się kształtowanie instytucji drużyny, a wybitny badacz słowiańszczyzny Henryk Łowmiański zauważył, iż "zjawisko drużyny w jego pierwotnej postaci jest znane społeczeństwom przedpaństwowym"[1]. Większość badaczy przyznaje ponadto, iż drużyna była głównym czynnikiem podpierającym władzę książęcą[2].Trudno więc obronić pogląd, iż utrzymywana w takich warunkach drużyna nie była wprawna w walce i wymagała zewnętrznego czynnika szkoleniowo-organizacyjnego w swoim składzie. Reasumując, wczesne drużyny grodowe znane były plemionom prapolskim od dawna, a przynajmniej od początku X wieku.

    W wyniku powiększania władzy książęcej mamy do czynienia z drużyną ściśle już państwową, która szczyt swej potęgi datuje od połowy owego wieku. Trzeba też dodać, że o informacje o wojskach Mieszka I i Bolesława I Chrobrego podaje szereg źródeł, ale żadne z nich nie wspomina o obcym jej pochodzeniu, czy importowaniu sposobów walki. Wręcz przeciwnie zawsze podkreślana jest siła władców słowiańskich, czy polskich i ich ludu. Te same źródła mówią o zaopatrywaniu drużyny przez księcia w sprzęt wojskowy, odzież, otaczaniem "opieką socjalną" ich rodzin, rozporządzaniem ich ożenkiem, co dowodzi, iż była to formacja stanowiąca w zasadzie zalążek armii państwowej, a nie najemnicy, którym płaci się za usługę. Czy więc rzeczywiście wcześni książęta polańscy i polscy mogli polegać na tak niezależnym i nietrwałym czynniku, jak opłacani najemnicy?

    Wybitny archeolog, prowadzący przez dziesiątki lat wykopaliska na Wolinie, były dyrektor Muzeum Narodowego w Szczecinie, znawca tematyki wczesnego średniowiecza prof. Władysław Filipowiak, w wywiadzie z 2000 roku zapytany o rzekomych najemników normańskich w drużynie Mieszka I powiedział: "Już była dyskusja na ten temat i nie ma co więcej dyskutować (...) Jeśli nawet uczestniczyli w niej (drużynie - przyp. I.G.) inni, to znaczną większość musieli stanowić miejscowi woje i ci decydowali o wszystkim".[3] Zdecydowanie odrzucił też możliwość udziału najemników wskazując, iż mamy tu do czynienia z "pierwszą armią państwową".

Sztuka wojenna Słowian   Jeden z najznakomitszych znawców Słowiańszczyzny Witold Hensel stwierdził, iż "prawie wszystkie przekazy pisane mówią o dużych umiejętnościach Słowian w zakresie sztuki wojennej".[4] Słowiańska technika wojskowa była na tyle zaawansowana i skuteczna, że stanowili oni już w VI w. n.e. groźną siłę i prowadzili z powodzeniem walki z Bizancjum (oblegając nawet Konstantynopol), Awarami, czy Frankami. A były to nie tylko walki obronne, ale często i zaczepne, prowadzone na terytorium wroga. Jeden z kronikarzy bizantyjskich zanotował odpowiedź Dauritasa i innych wodzów Słowian naddunajskich gnębiących Bizancjum ok. 578/579 r. do posłów awarskich:
    "Jeszcze się taki nie urodził i nie pojawił pod słońcem, kto by potrafił ujarzmić nasza potęgę. Myśmy przywykli do tego, aby panować nad cudzymi ziemiami, a nie by kto inny nad naszą; i tego jesteśmy pewni, póki istnieje wojna i miecz."[5]
  Wielu spośród średniowiecznych kronikarzy dawało świadectwo swego uznania dla skuteczności wojennej Słowian.
  Orderyk Vitalis opisał wyprawę króla duńskiego Swena na Anglię z 1069 roku, w której wspomagała go m.in. Polska, a także plemiona Luciców (Wieletów), o których wyraził się iż "lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i na morzu".[6] Wojowniczość Słowian podkreślało wielu kronikarzy, jak choćby wtedy, gdy wspominali, że: "ogólnie rzecz biorąc Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni i gdyby nie ich niezgoda, wywołana mnogością ich gałęzi i podziałów na szczepy, żaden lud nie zdołał by im sprostać w sile".[7] Prawdopodobnie Słowianom nieobcy był także szał bitewny, który wywoływany bywał u wielu ludów w bardzo różnych czasach, a który najpowszechniej znany jest w przypadku wikińskich berserkerów.

    Takiego szału możemy dopatrywać się w opisie słowiańskiego ataku na Konungahelę autorstwa Snoriego Sturlasona, mówiącego, iż po wydaniu przez księcia Racibora rozkazu do szturmu, jeden z jego wojów samym tylko mieczem lub toporem, nie zważając na draśnięcia i rany, odrzuciwszy nawet tarczę przedarł się do samej bramy zabijając w niej wartowników. Obrońcy zarzucali go gradem pocisków, te jednak chybiały lub nie robiły wrażenia na rozjuszonym wojowniku. Obrońcy pomyśleli więc, że to magia go chroni, "na to ksiądz Andrzej wziął święcony ogień, pobłogosławił go i wsadził weń ostrze, aż się opaliło, to nabił na strzałę i podał Asmundowi. Ów wystrzelił ją na czarownika, a ta ugodziła go tak, że od razu miał dość i padł na ziemię"". Tak wydarzenia te tłumaczył autor sagi, my jednak możemy pokusić się o wyjaśnienie, że naczelnik Semund polecił wprawnemu łucznikowi Asmundowi ostateczne usunięcie wojownika, ten bowiem zdawał się w szale nie odczuwać pomniejszych draśnięć czy ran.[8]
  Na szczególną uwagę zasługuje rodzima taktyka prowadzenia działań zbrojnych, bowiem plemiona mające stworzyć wczesnośredniowieczną Polskę wyspecjalizowane były w dostosowaniu jej do warunków terenowych panujących na ziemiach polskich, pokrytych gęstą puszczą, rozległymi bagnami i szerokimi rozlewiskami rzek. Wykorzystywano więc ukształtowanie terenu i cieki wodne do budowania głębokich linii fortyfikacyjnych. Charakterystyczna dla Słowian (ale nie tylko, bowiem wykorzystywano ją za czasów panowania Mieszka i Chrobrego podczas budowy wałów) jest technika wznoszenia grodów obronnych, polegająca na usypywaniu potężnych wałów o konstrukcji hakowej i skrzyniowej, zakończonych na szczycie ostrokołem.
    O umiejętnościach wojennych Słowian i wadze (dla celów obronnych) grodów świadczy przekaz tzw. Geografa Bawarskiego z IX wieku, który wymienia m.in. prapolskie plemiona, podając ilość grodów, którymi dysponują (871)[9].Witold Hensel stwierdził wręcz, iż prapolskie fortyfikacje należały do najpotężniejszych tego typu w ówczesnej Europie. Skandynawia np. na tym tle wypada wyjątkowo mizernie, gdyż tam jeszcze do XIII wieku używano czasami prymitywnych ostrokołów[10], choć oczywiście nie można zapominać o przykładach skandynawskiego budownictwa warownego, jak choćby potężne obozy wojskowe tzw. grody typu "Trelleborg" wiązane z Haraldem Sinozębym. Wałami otoczone było też Hedeby i Birka, a poza tym całą Jutlandię odcięto od Niemiec potężnym wałem tzw. Danewirke.
    Podobnie zresztą wysoki poziom reprezentowali Słowianie w technice oblężniczej, gdyż już w walkach z Bizancjum, np. podczas zdobywania Salonik, posługiwali się różnymi machinami oblężniczymi. Gall Anonim pisze o używaniu przez Polaków, m.in. wyrzutni wielkich głazów działających na zasadzie łuków - samostrzałów. Znano je także na Rusi. Wiele z tego przejęto właśnie z Bizancjum lub czerpiącego z dorobku rzymskiego zachodu Europy.[11]
    Krystyna Pieradzka zwróciła uwagę, iż opisy ataku i zdobycia przez Słowian Konungaheli wspominają o miotaniu przez skandynawskich obrońców pocisków wyłącznie ręcznie, podczas gdy Saxo Gramatyk pisze, iż Słowianie broniąc Wołogoszczy w 1178 r. skutecznie używali machin miotających. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z przykładem twórczego rozwoju słowiańskiej myśli technicznej, bowiem zgodnie z opisem kronikarza obrońcy "przygotowali nieznane dotychczas machiny", które z niespotykaną celnością raziły okręty duńskiego króla Kanuta i arcybiskupa Absalona[12]. Także Andrzej Nadolski wskazuje na przekaz Thietmara dotyczący walk pod Niemczą w 1017 roku, mówiący o wykorzystywaniu machin oblężniczych przez wojska piastowskie i choć przekaz ten nie przybliża wyglądu machin to badacz nakazuje szukać analogii w innych krajach europejskich czerpiących z dorobku rzymskiego.[13]
  Słowianie do perfekcji opanowali także walkę podjazdową, którą wykorzystywali wobec silniejszego przeciwnika. Nawet niemiecki kronikarz Thietmar darzy uznaniem skuteczność słowiańskiej taktyki opisując walki Chrobrego z Niemcami na Śląsku, a wiadomo, iż te same sposoby używali Słowianie już w VI wieku, bowiem opisywał je bizantyjski cesarz Maurycjusz. Słowianie z powodzeniem łączyli działanie różnych rodzajów broni, jak Bolesław Chrobry, który wykorzystywał współdziałanie konnicy i łuczników, lub wcześniejsze, mieszkowe, mistrzowsko przeprowadzone działanie kombinowane przeciw potężnym ciężkozbrojnym oddziałom Niemców pod Cedynią. M.in. z opisów zdobycia Konungaheli wiadomo też, że Słowianie wykorzystywali strzelców wyborowych, osłanianych przez wydzielonych tarczowników i skutecznie rażących wybrane cele. Porównajmy to np. z wojownikami normańskimi, zwanymi wikingami, którzy przygotowani byli do zupełnie innego charakteru zadań bojowych, polegających głównie na szybkich wypadach, podczas których atakowali raczej bezładnie, bez konkretnej taktyki, by równie szybko dokonać odwrotu.

Konnica i formacje piesze
Około X wieku stopniowo na znaczeniu zyskiwała konnica, po długim okresie decydującej roli formacji pieszych. Nie był to proces swoiście polski, czy słowiański, lecz ogólnoeuropejski, gdyż w tym kierunku ewaluowała taktyka i technika wojskowa. Słowianie natomiast od dawna hodowali konie, oraz ujeżdżali je zarówno do celów transportowych, jak bojowych. Wiadomo, dzięki kronice Prokopa z Cezarei, iż już w latach 536/37 istniały oddziały konnicy w służbie Bizancjum, złożone z Hunów i Słowian.[14] Jest to oczywiste, gdy weźmie się pod uwagę, iż Słowianie stosunkowo późno opuścili tereny stepowe i przybyli na tereny środkowoeuropejskie. Poza tym przez setki lat, już na stanowiskach europejskich Słowianie sąsiadowali i walczyli ze stepowcami, a jak uczy historia wojskowości, technika w tym zakresie przenika od ludów z którymi toczy się najdłuższe walki (patrz przykład wschodniego sposobu uzbrojenia polskiego od XVI wieku, wraz z szablą; wcześniej natomiast, gdy walczyliśmy z europejską techniką wojskową rycerstwo polskie uzbrojone było w zachodnim stylu, choć ok. 50 lat spóźnione; uzbrojenie Rusi natomiast zawsze posiadało wyraźnie mieszany wschodnio-bizantyjski styl).
    Tak więc od ludów koczowniczych Słowianie przejęli strzemiona, a od VII, VIII wieku znali ostrogi z kolcami odgiętymi do środka, następnie przyjęły się strzemiona z kółkami, a od IX w. ze spłaszczonymi końcami ramion[15]. Niektóre ostrogi były bogato zdobione srebrem i złotem, które choć też zapożyczone (tym razem nie od ludów stepowych), produkowane były na miejscu, dawniejsza nauka twierdziła ponadto, że ostrogi znane były Słowianom już od okresu późnolateńskiego. Poza tym Ibrahim ibn Jaqub, uczony i podróżnik żydowski z Kalifatu Kordoby w Hiszpanii, pisał, iż "Prapolacy" wyrabiają siodła i uzdy. W ówczesnej Polsce żyła rodzima rasa koni, podobna do tarpanów, niewielkich, ale bardzo wytrzymałych, podobnie jak konie późniejszych Mongołów.
    Można znów odwołać się do porównań ze Skandynawami, wykazując zasadnicze różnice. Wiadomo z wielu źródeł, iż tzw. wikingowie używali koni głównie do transportu drogą lądową, natomiast do walki stawali w przygniatającej większości przypadków pieszo. Owi wikingowie, jako piraci, handlarze, najemnicy podróżowali na swoich łodziach (tzw. drakkarach, knorrach), z których to często bezpośrednio rzucali się do ataku, jak było m.in. po splądrowaniu klasztoru w Lindisfarne (Anglia). Potwierdzenie tej tezy odnaleźć można w wielu przekazach opisów walk np. na południowym brzegu Bałtyku, czy podczas ataku na Paryż w IX wieku. Else Roesdahl pisze: "liczne (...) opisy walk wikingów pozwalają nam wnioskować, że (...) przeważali wśród nich piesi wojownicy. Koni używano w wojsku do celów transportowych na lądzie...".[16] Autorka nie wyklucza, że i Normanom zdarzało się walczyć "siedząc na koniu", ale określa to jako sporadyczne, gdyż nawet większość podróży lądowych odbywali oni pieszo. Dodajmy, iż trudno dziwić się pieszej walce Normanów, gdy weźmie się pod uwagę górzystość i skalistość znacznych połaci Skandynawii, a także brak podstawowego pożywienia dla koni (tereny ubogie w roślinność) co nie sprzyjało rozwojowi konnej techniki walki.
    Inaczej Słowianie, o których wiadomo, że na każdej łodzi, która wchodziła w skład flotylli płynącej z wyprawą na Konungahelę, wieźli 44 ludzi i 2 konie. Poza tym na pieszą walkę Normanów wskazuje już ich uzbrojenie ochronne w postaci okrągłej tarczy, która trzymana była w dłoni za imacz, czyli żelazny lub drewniany pręt dzierżony w garści oraz umba, wypukłe elementy żelazne, chroniące z zewnątrz dłoń walczącego (które są najczęstszym znaleziskiem, świadczącym o używaniu tarcz). W związku z tym walczący miał zajętą lewą dłoń i nie mógł prowadzić konia. Poza tym cała konstrukcja tarczy przeznaczona była głównie do walk morskich i przybrzeżnych. Także jej kolisty kształt niedostatecznie kryłby jeźdźca. Natomiast słowiańskie tarcze z tego kresu wykonane były w całości z materiałów organicznych, bez metalowych okuć, i dzierżone były na pasach nasuwanych na przedramię tak, że dłoń pozostawała wolna i mogła prowadzić wodze. Przystosowane więc były dla konnicy.
    Niektórzy uważają, że tarcze okrągłe, a więc takie jakich używali wikingowie, służyły do ochrony podczas bitew morskich, podczas gdy owalne przy walkach lądowych.[17] Faktem jest, że dość szybko upowszechniły się u Słowian tarcze kształtu migdałowatego lub owalnego, które choć na pierwszy rzut oka kojarzone mogą być z ochroną konnego, to często pojawiają się na ikonografii w kontekście wojowników pieszych. Kronikarz Saxo Gramtyk pisze, że przed samym starciem Słowianie polewali swoje tarze wodą, bowiem skóra obciągnięta na tarczach wysychała i kurczyła się od słońca, co zwiększało jej podatność na rozłupanie. Z doświadczeń wiadomo, że tarcza choćby z mokrego drzewa, mimo, że łatwiej w niej o wgniecenia, znacznie trudniej ulega rozłupaniu niż egzemplarz suchy.
    W swoich przekazach Ibrahim ibn Jakub donosi o mizernej jakości słowiańskich tarcz. Skąd brała się ta opinia? Tarcza często służyła jednorazowo, trudno bowiem spodziewać się, że kilka desek oprzeć miałoby się ciosowi potężnego topora bojowego, zwłaszcza zaś dwuręcznego. Prawdopodobnie więc tarcze produkowano masowo i szybko, a więc "ekonomicznie", skoro i tak chronić miała przy pierwszym zderzeniu lub przed ostrzałem łuczniczym czy procarzy. Zdanie takie zdaje się potwierdzać najnowsze odkrycie tarczy w Szczecinie (o kształcie sugerującym element przejściowy pomiędzy migdałem a trójkątem), której datacja choć dość rozciągła skłania się ku początkowi XIII wieku. Tarcza ta wykonana z sześciu deseczek drzewa olchowego ma grubość jedynie 5 mm (sic!) a o zniszczeniu czasem nie może być mowy, bowiem zachowały się malowidła na stronie zewnętrznej. Tarcza ta wpisuje się również w to co powiedzieliśmy wcześniej o braku okuć na szczytach słowiańskich, bowiem nie tylko jest ich pozbawiona, ale na stronie wewnętrznej zachował się skórzany pas - imacz.[18]

    Wracając do zagadnienia walki konnej - powyższe uwagi nie sugerują tego, że Słowianie nie stawali pieszo, bowiem rzeczywiście piechota stanowiła główną masę ówczesnych armii. Poza taktyką i wymogami terenu, wpływał na to także fakt, iż utrzymanie konnicy wiązało się z bardzo wysokimi kosztami. Konnicy dostarczali więc z jednej strony możni, z drugiej formacje drużynne, skupione wokół księcia i ważniejszych władyków plemiennych. Pieszo natomiast walczyła liczniejsza grupa pieszych tarczowników i masa pochodząca z pospolitego ruszenia, ona też była słabiej uzbrojona. Tekst kroniki Ibrahim ibn Ja'qub z połowy X wieku wspomina co prawda, iż Mieszko posiada drużynę pieszą, gdyż w jego kraju gęsto porośniętym lasem, trudno się było konnicy poruszać, ale wersja owa pochodzi z XIII-to wiecznego odpisu al-Kazwiniego, nie ma natomiast tego stwierdzenia w wersji al-Bekriego, który natomiast donosi o kraju Obodrzyców Nakona, iż obfituje w konie i że stąd się je eksportuje. Obie wersje natomiast donoszą, iż książę Mieszko daje swoim żołnierzom obok odzieży i broni, także konie.[19]
    Składały się na nie dwie kategorie, tj. uzbrojenie ochronne i zaczepne. Do pierwszej z nich należą hełmy (czyli rodzime "szłomy"), tarcze (szczyty - patrz wyżej) i pancerze, do drugiej zaś głównie miecze, topory i włócznie.
    W przypadku szłomów - w X wieku używanych głównie przez wojskową elitę - najczęściej używanym modelem był hełm z nosalem, tzw. stożkowy, błędnie zwany "normańskim", gdyż dawniej łączono go głównie z północnymi wojownikami, podczas gdy był to typ używany w wielu krajach ówczesnej Europy.[20] Piękny egzemplarz takiego hełmu znany jest z Czech i łączony ze św. Wacławem. W tym przypadku dzwon hełmu pochodzi z wieku IX, nosal zaś dodano już w wieku X i to w dodatku błędnie, bowiem w tylnej części dzwonu! W Polsce szłomy znaleziono w Jeziorze Lednickim, ale te egzemplarze pochodzą już z XI wieku. Dzwony tych hełmów wykonane mogły być z jednego elementu, co dawało znakomite walory techniczne, ale trudność ich wykonania wpływała niekorzystnie na cenę. W związku z tym produkowano tańszą, pierwotną wersję w tzw. konstrukcji żebrowej.
    Innym modelem szłomu, używanym w państwie pierwszych Piastów były szyszaki, tzw. szłomy typu ruskiego, zwane też "wielkopolskimi", gdyż właśnie tam odnaleziono grupę takich hełmów. Znane ze swej pozłoty, prawdopodobnie stanowiły jednocześnie rodzaj insygnium, na który mógł sobie pozwolić wyłącznie książę i najbliższe otoczenie. Nie posiadały one zresztą tak dobrych walorów technicznych, jak hełmy stożkowe.

Pancerze i kolczugi
 Podobnie z pancerzami. One również przypadły w udziale wyłącznie możniejszych wojownikom oraz "pancernej" części drużyny Mieszka i Mieszkowica. Najdoskonalszą formą pancerza jest oczywiście kolczuga, ze względu na swoją przewiewność i giętkość. Do innych natomiast rodzajów należy zaliczyć wszelkie pancerze złożone z przynitowanych niewielkich blaszek do skórzanego najczęściej fartucha (tzw. karaceny), w różnych konfiguracjach - czy to dachówkowej, czy sąsiadującej oraz pancerze tzw. lamelkowe, czyli łączone ze sobą blaszki, lub zbrojniki skórzane pozbawione podłoża. Claude Blair, angielski znawca broni nazwał "epoką kolczugi" lata 1066-1250, gdyż dopiero wówczas stała się ona nieco powszechniejsza.[21] Wśród Skandynawów kolczuga, czy w ogóle pancerz także nie były regułą, gdyż większość z nich walczyła bez żadnego uzbrojenia ochronnego poza tarczą. Na mniejszą ilość znajdowanych pancerzy i tarcz słowiańskich wpływa fakt, iż słowiańskie zwyczaje pochówkowe nakazywały dawać zmarłemu jedynie jego broń, a czasami elementy uprzęży konnej, a nie np. kolczugę

Miecze
Najważniejszą, choć nie najpowszechniejszą bronią zaczepną był oczywiście miecz. Najczęściej znajdowanymi na ziemiach polskich mieczami są te, które wg systematyki J. Petersena należą do typu "X" i pochodzą z XI wieku. Nie jest to jednak miecz typowy wyłącznie dla Polski, gdyż - z soczewkowatą głowicą i dłuższym niż wcześniej jelcem - używany był w wielu krajach w ciągu XI wieku. Przypadało to na okres, kiedy miecze nie były już taką rzadkością jak wcześniej, produkowano je masowo, i w związku z tym mniej starannie. Ponadto pozbawione dawnego, przebogatego wystroju, przypadły w udziale szerszym grupom wojowników, a nie wyłącznie najmożniejszym. Dawniejsze miecze, mimo wspaniałego wyglądu i wysokiej ceny były słabo wyważone i używane mogły być wyłącznie do prostych cięć, podczas gdy nowszy typ (lepiej wyważony i lepiej leżący w dłoni) nadawał się do prostej szermierki. Miecz w tym czasie stał się bardziej narzędziem, stosunkowo tanim i poręcznym, niż dziełem sztuki. Wcześniejsze miecze o sztabkowej, czy choćby wachlarzowej głowicy, lub inne typy utożsamiano ze Skandynawią i stąd błędnie nazywano je "normańskimi", natomiast Andrzej Nadolski, najwybitniejszy polski znawca broni, twierdzi - w czym zresztą nie jest odosobniony - że w większości produkowane one były nie przez Normanów, ale w pracowniach frankońskich w Nadrenii, gdzie korzystano z wielowiekowych tradycji, sięgających jeszcze rzymskiej prowincji. Głownie (brzeszczoty) wędrowały po całej Europie i jedynie oprawa (rękojeść: głowica i jelec) dorabiana była zgodnie z miejscową modą.
    Wiele mieczy znanych z Polski pochodzi z importu, ale tylko część dotarła tu za pośrednictwem Skandynawów, większość natomiast bezpośrednio z zachodu Europy. Nawet na Rusi, która miała bardzo bliskie związki ze Skandynawią, większość mieczy importowanych pochodzi z Zachodu.[22] Trzeba dodać, że i skandynawscy naukowcy przyznawali, iż miecze sporządzane na półwyspie były dużo gorszej jakości, niż frankońskie.[23] Zwróćmy również honor słowiańskim kowalom, których wyroby były dobrej jakości, skoro zaopatrywano je w znaki producenta, co czyniono, by swoje dobre wyroby odróżnić od innych. Słowianie znali też i potrafili wyrabiać najlepszy i najdroższy rodzaj ówczesnej stali, czyli tzw. dalmacen skuwany, albo dziwer i to w różnych odmianach, a szeregu celowego stosowania odmian dowodzi relacja wybitnego uczonego arabskiego al-Biruniego z Chorezmu.[24] Zdaniem Z. Vany Słowianie wytwarzali miecze stalowe oraz sztylety o stalowych krawędziach-ostrzach zgrzewanych z żelaznym trzpieniem, co wskazuje na znajomość u nich techniki damascenizacji już od IX wieku.[25]

Topory
Słowo topór, jak pisze Aleksander Brückner w Słowniku Etymologicznym Języka Polskiego, jest prasłowiańską pożyczką z perskiego "tabar". Wiadomo też, że topór znany był Prasłowianom (wraz z nazwą) przynajmniej od V w. p.n.e. i to jak twierdzi J. Pieradzka właśnie od nich broń tę mieli zapożyczyć Normanowie wraz z nazwą, która brzmi u nich "taparoex", a pojawiają się zresztą dopiero w 1031 roku.[26] Wielu wikingów walczyło toporem, gdyż był on wiele tańszy od miecza, a poza tym idealnie nadawał się do rozłupywania tarcz przeciwnika. Wykształciły się swoiste odmiany toporów, używane przez Normanów, jak np. tzw. "danax" - "topór duński" o symetrycznym ostrzu. Swoiste typy toporów, jak choćby typ z asymetrycznym długim ostrzem tworzącym tzw. "brodę", wykształciły plemiona pomorskie i połabskie, dla których topór był ulubioną bronią.

Włócznie
Każdy woj, czy to pieszy, czy konny, i to w całej Europie, zaczynał walkę od posługiwania się włócznią, gdyż była to broń bardzo niebezpieczna i utrzymywała pewien dystans od wroga. Nadolski twierdzi, że na polu walki włócznia przeważa nad mieczem. O roli włóczni niech świadczy fakt, iż tzw. włócznię św. Maurycego podarował Chrobremu Otto III podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego, będącą później jednym z insygniów królów polskich, a przez podniesienie włóczni wojowie słowiańscy wyrażali swoją aprobatę na wiecach, włócznia zaś wbita w słup drewniany była w Wolinie symbolem Trzygłowa. Także germański Odyn miał za swój najważniejszy symbol właśnie ową broń drzewcową.
    Należy pamiętać, że uzbrojenia szeregowego woja pochodzącego z pospolitego ruszenia, lub co najwyżej z "niższej" lekkozbrojnej formacji tarczowników (działających obok "pancernych" wymienianych przez źródła) nie można stawiać do porównania ze sprzętem zawodowego wojownika z wyższej warstwy społecznej.
Igor D. Górewicz
Przypisy/Literatura
H. Łowmiański, Podstawy gospodarcze i społeczne powstania państwa polskiego i jego rozwoju do początku XII w., w: "Kwartalnik Historyczny" 1960r., T 4., s. 962. Patrz: J. Bardach Polskie państwo wczesnopiastowskie (dorobek i perspektywy badań), w: "Kwartalnik Historyczny" 1960r., T.4 , s. 994 W. Filipowiak w "Myśl Polska" z marca 2000 W. Hensel, Słowiańszczyzna wczesnośredniowieczna. Zarys kultury materialnej, Warszawa 1965, s. 593. Menander Protektor w: G. Labuda Słowiańszczyzna starożytna i wczesnośredniowieczna. Antologia tekstów źródłowych, Poznań 1999, ss. 79-81 Orderyk Vitalis Historia ecclesiastica..., tamże, s. 237-238. Ibrahim ibn Jakub, w: G. Labuda, op. cit., s. 122-123 Opis najazdu podał Snorre Sturlason Heimskringsaga, w: G. Labuda, op.cit., s. 238-240 Obliczenie własne na podstawie danych "geografa" przytoczonych przez J. Gąssowski Dzieje i kultura dawnych Słowian (do X wieku), Warszawa 1964, s. 128. Sprawą oczywistą jest, iż tylko główne grody były najmocniej ufortyfikowane. Uczeni natomiast sądzą, iż chodzi tu o grody, które miały znaczenie w organizacji terytorialnej, a jako taki musiały być w jakimś stopniu warowne. J. Kostrzewski Kultura prapolska, s. 476. W. Hensel, op.cit. ss. 394-395. K. Pieradzka, Walki Słowian na Bałtyku w X-XII w., Warszawa 1953, s. 38, 93. A. Nadolski, Polskie siły zbrojne i sztuka wojenna w początkach państwa polskiego, w: "Początki Państwa Polskiego. Księga Tysiąclecia", Poznań 2002 (reprint), s. 195 Słownik Starożytności Słowiańskich, hasło: Siły zbrojne, T. 5, s. 182. Z. Vana, Świat dawnych Słowian, Warszawa 1985, s. 167. E. Roesdahl, Historia Wikingów, Gdańsk 1996, s. 130. patrz też s. 76-77. K. Pieradzka, op. cit., s. 36-37. A. Uciechowska-Gawron "Obwałowania wczesnośredniowiecznego podgrodzia w Szczecinie...", w: H. Panera, M. Fudziński (red.) "XIII Sesja Pomorzoznawcza. Od wczesnego średniowiecza do czasów nowożytnych" t. 2, Gdańsk 2003 oraz informacje uzyskane w Pracowni Archeologicznej Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Ibrahim ibn Jakub o wczesnofeudalnych państwach słowiańskich w połowie X wieku, w: G. Labuda, op. cit., ss. 146-149. A. Nadolski, Broń i strój rycerstwa polskiego w średniowieczu, Wrocław 1979, ss. 47-48. tamże, s. 65. A. Nadolski, Polska broń. Broń biała, Wrocław 1984, ss. 27-48. W. Hensel, op. cit., s. 172. Tamże, ss. 174-175 Z. Vana, op. cit., s. 155-156. K. Pieradzka, op. cit., s. 34, J. Kostrzewski, op. cit., s. 298-301, o toporach patrz też m.in. SSS, T. 5, s. 164-167, hasło "Siekiera"

początek strony

Słowianie Połabscy - Jerzy Gąssowski, "Dzieje i kultura dawnych Słowian" Warszawa 1964
Jednym z ważniejszych odcinków, na którym przejawiały się dążenia monarchii frankijskiej, było terytorium Słowian Połabskich. Już u schyłku VI w. zachodnie granice zwartego osadnictwa słowiańskiego dotarły do Łaby i ustabilizowały się nad tą rzeką w bezpośredniej bliskości takich ludów germańskich jak Turyngowie, Sasowie i Duńczycy. Mniejsze grupy Słowian przeszły na zachodni brzeg rzeki i zatrzymały się w głębi ziem germańskich.
   W zapiskach karolińskich znajdujemy niekiedy wyraźne ślady dosyć daleko na zachód osiedlonych grup słowiańskich. Z dokumentu cesarza Ludwika Pobożnego wydanego dla biskupa Wtirzburga w latach 826-830, a odwołującego się do wydarzeń z czasów Karola Wielkiego, znajdujemy wzmiankę o dwóch plemionach słowiańskich, nazwanych tu Moinvinidi i Radanzwinidi, mieszkających na terenie diecezji wiirzburskiej między rzekami Menem a Radencą. Słowianie ci byli ochrzczeni i zaleca się w dokumencie wybudowanie dla nich kościołów.
   Dokument księcia Bawarskiego Tassilona, wystawiony w 777 r. dla klasztoru w Kremsmtinster, mówi o nadaniu klasztorowi danin z osad słowiańskich położonych w górnej Austrii koło dzisiejszego miasta Steyer. Mowa jest tam m. in. o trzech żupanach (książętach) słowiańskich, których imiona brzmią Taliup, Sparuna i Fisso.
   Również roczniki klasztoru w Fuldzie wymieniają liczne grupy Słowian mieszkających obok Franków w różnych miejscowościach należących do klasztoru (m. in. Giesa, Sa1zungen, Hagen, Sommerda i in.) i płacących należną daninę.       Wspomniane wyżej grupy ludności słowiańskiej żyły bądź to w zwartych grupach plemiennych pod przywództwem lokalnych książąt, bądź to rozproszone w osadach obok ludności germańskiej. Ludność ta nie była w stanie zachować odrębności politycznej, a jedynie przez długi czas zachowywała odrębność etniczną, językową i obyczajową. Nie przedstawiała też żadnej groźby dla Franków. Stopniowo przechodziła proces asymilacji, do czego przede wszystkim przyczyniało się walnie skłanianie jej do przyjmowania chrześcijaństwa.
   Poważny problem dla monarchii Franków stanowiły nie owe daleko wysunięte na zachód i rozproszone osady słowiańskie, a zwarte ich osadnictwo na ziemi, którą Słowianie przywykli uważać za swoją, na prawym brzegu Łaby i Solawy.
Już w początkach VII w. trwały zabiegi Franków, zmierzające do podporządkowania sobie poszczególnych plemion czy związków plemiennych. Dowiadujemy się o tym ze wzmiankowanej już kilkakrotnie wiadomości o księciu związku plemiennego Serbów, Derwanie, w latach 30-tych VII w.
   Z kroniki Fredegara wynika, że do czasu klęski Franków pod Wogastisburgiem Derwan był trybutariuszem tego państwa. Liczne plemiona, zasiedlające prawy brzeg Łaby występują już w najdawniejszych wzmiankach frankijskich w postaci trzech ugrupowań zwanych: Obodrytami, Wieletami i Serbami. Poszczególne związki plemion podlegały zmianom na przestrzeni czasu. Niektóre mniejsze plemiona widzimy raz w jednych, raz w drugich ugrupowaniach. Tyczy to zwłaszcza związku wieleckiego i obodryckiego. Niektóre plemiona występowały ze związku plemiennego i zyskiwały czasową niezależność. Wreszcie też niektóre związki plemienne rozpadały się na swoje części składowe, tworząc szereg równoległych sobie, nie związanych organizmów politycznych. Wobec pewnych luk w źródłach, jak i nie zawsze dokładnym rozeznaniu u kronikarzy, podane niżej zasięgi i składy związków plemiennych nie mogą być: przyjmowane z absolutną dokładnością.
   Największe terytorium zajmował związek wielecki. Byli też Wieleci za czasów Karola Wielkiego uważani za najpotężniejszy lud nad południowym brzegiem Bałtyku. W źródłach karolińskich występują oni często pod nazwą Wiltzi, Vultzi, Welatabowie. Siedziby ich rozpościerały się nad środkową Łabą w górę od ujścia Eldeny. Na północy graniczyli ze związkiem obodryckim wzdłuż Stepienicy (prawego dopływu Łaby), Jeziora Moryckiego i rzeki Warnawy. Dalej granica szła brzegiem morza na wschód.
   Wschodnie i południowe granice związku wieleckiego trudne są do bliższego sprecyzowania. Ulegały one zresztą pewnym zmianom na przestrzeni dziejów. Do ludów należących bezspornie do związku wieleckiego możemy zaliczyć: Nieletyków, Doszan, Wkrzan, Ratarów, Doleńców, Rzeczan, Czrezpienian i Chyżan. Każde z tych terytoriów plemiennych posiadało swój ośrodek, przeważnie w postaci obronnego grodu. Źródło karolińskie z połowy IX w., tzw. "Geograf Bawarski", pisze, że na terytorium Wieletów znajduje się 95 grodów na obszarze 4 ziem plemiennych.
   Związek obodrycki sąsiadował, jak już wspomnieliśmy, ze związkiem wieleckim. Jego granicą północną były wybrzeża Zatoki Lubeckiej, od ujścia Eldeny do rzeki Warnawy. Na wschodzie Obodryci sąsiadowali z Wieletami, na południu z Sasami. Na zachodzie najdalszy zasięg uzyskali w latach 804 do 809, kiedy to granica ich posiadłości docierała do Morza Północnego i ujścia Łaby. Podczas walk z Frankami granice te przesunęły się później na wschód. Na odcinku południowym granica, która osiągała dopływ Łaby, Stepienice, przesunęła się na północ aż do Eldeny. Stało się to wtedy, kiedy jedno z plemion związkowych, Glinianie, wystąpiło ze zrzeszenia. Właściwe ziemie związku ogarniały 4 plemiona: Wagrów, Połabian, Warnów i Obodrytów. W tym stanie mówi o nich w poł. IX w. "Geograf Bawarski" wyliczając im 53 grody, znajdujące się w posiadaniu ich książąt. W okresie wcześniejszym należały do związku plemiona Glinian, Smoleńców, Bytyńców i Morzyczan. "Geograf Bawarski" przypisuje Glinianom 7 grodów, a trzem pozostałym po 11. Wszystkie cztery wymienione tu plemiona wykazywały zawsze tendencje odśrodkowe wobec związku obodryckiego. W latach 811, 839 i 877 w wojnach Franków ze związkami Wieletów i Obodrytów plemiona Glinian i Bytyńców występowały oddzielnie.

   Najsłabszym związkiem plemion był związek serbski (czy sorabski). Liczne plemiona tego związku widzimy tylko dwukrotnie zjednoczone pod jednolitą władzą. Pierwszy wypadek zresztą nie jest pewny. Tyczy to Derwana, o którym nie wiemy, czy władał wszystkimi plemionami związku. Pewniejszym faktem jest panowanie księcia Miliducha. O istnieniu tego księcia dowiadujemy się w roku jego śmierci - 806: "...Wtedy to został zabity Miliduch, król zarozumiały, który rządził u Serbów..." (Chronicon Moissiacense pod r. 806). Sami Serbowie siedzieli nad Łabą na wysokości i powyżej ujścia Sali. Pozostałe plemiona serbskie zajmowały międzyrzecze Łaby i Sali. Do plemion tam występujących trzeba zaliczyć Koledyczan, którzy w 839 r. mieli swojego księcia i oprócz stołecznego grodu jeszcze 11 mniejszych i Nieletyków, na terenie których znajdowały się jeszcze mniejsze plemiona Nudyków i Niżan, Głomaczów (Daleminców), Susłów i Chutyców. Największymi plemionami serbskimi byli Łużyczanie i Milczanie, siedzący w międzyrzeczu górnej Łaby i Nysy Łużyckiej.
"Geograf Bawarski" wyliczał na ziemi plemion związku serbskiego 50 grodów. Osobno uwzględnia 14 grodów na terytorium Głomaczów, Łużyczanom i Milczanom przypisuje po 30 grodów.

   Na przestrzeni VIII i IX w. w oporze stawianym Frankom najważniejsza rola przypadła najpotężniejszemu związkowi wieleckiemu. Wieletowie nie tylko występowali przeciw Frankom, ale nękali również poważnie Obodrytów, którzy pozostawali na ogół wiernymi sojusznikami frankijskimi. Sytuacja taka była źródłem stałej troski Franków. W 789 r. Karol Wielki zebrał wojska Franków, Sasów i Fryzów oraz sprzymierzonych Serbów i Obodrytów, którymi dowodził książę Wacan. Armie lądowe przekroczyły Ren koło Kolonii, po czym przez ziemie saskie dotarły do Łaby, przez którą przerzucono dwa mosty, zabezpieczone konstrukcjami obronnymi drewniano-ziemnymi. Fryzowie wyruszyli drogą wodną wpływając na Hawelę. Wojska Karola Wielkiego wkroczyły na ziemie Wieletów, siejąc mord i pożogę.
   Osaczeni ze wszystkich stron Wieleci nie zdołali wytrzymać długo naporu skoncentrowanego ataku, chociaż bronili się dzielnie. Walki toczyły się jednak do momentu, kiedy wojska najeźdźców zbliżały się do grodu Wielkiego Księcia, Drogowita. Drogowit, "który nad wszystkimi władcami Wiltzów (tj. Weletów - przyp. J. G.) górował tak szlachetnością rodu jak i powagą wieku" (Annales q. d. Einhardi), widząc bezsens dalszej walki, poddał swój gród, wydał Karolowi zakładników i złożył przysięgę na wierność Karolowi oraz Frankom. Za przykładem Drogowita poszli także i inni wielmoże oraz książęta plemion wieleckich.
Opisane w kronikach karolińskich wydarzenia z roku 789 pozwalają nam wysunąć szereg interesujących wniosków. Związek wielecki u schyłku VIII wieku należał nie wątpliwie do najsilniejszych organizmów politycznych na terenie Słowiańszczyzny. Rozmiar wojsk zgromadzonych przez Karola Wielkiego dla zwycięstwa nad Wieletami jest dobitnym. wyrazem siły związku plemiennego. Był to też niewątpliwie okres silnego wzrostu politycznego wewnątrz związku plemion. Postać Drogowita, wielkiego księcia, rysuje się jako wyraz tendencji zjednoczeniowych nurtujących wewnątrz związku. Działały tu jednak i siły wsteczne, opóźniające możliwość wzrostu jedynowładztwa. Rolę taką odgrywał wiec, posiadający rozległe uprawnienia.
   W 823 roku dowiadujemy się o przybyciu przed oblicze Ludwika Pobożnego dwóch książąt wieleckich, pretendentów do tronu, Miłogosta i Całodroga. Byli oni synami księcia Liuba, który aczkolwiek otrzymał wraz ze swoimi braćmi władzę w związku plemiennym, sprawował ją sam z racji starszeństwa. Książę Liub zginął podczas walk prowadzonych ze wschodnim odłamem Obodrytów. Wtedy lud zgromadzony na wiecu powierzył władzę starszemu synowi Liuba - Miłogostowi. Rządy Miłogosta nie zadowoliły ludu, jako niezgodne z jego obyczajami. Został pozbawiony władzy przez lud, a tron książęcy oddano jego młodszemu bratu - Całodrogowi. Obydwaj bracia przedstawili cesarzowi prośbę o ostateczne rozpatrzenie sporu dynastycznego. Cesarz uznał jednak wolę wiecu i pozostawił przy władzy młodszego brata (Annales Regni Francorum, pod r. 823).
   Wzmianka ta niedwuznacznie wskazuje, że polityka Franków zmierzała do podtrzymania roli wiecu. Dopóki wiec zachował uprawnienia do składania z tronu książąt, nie istniała możliwość wytworzenia się jednolitej, silnej władzy dynastycznej. Widzimy wszakże, że wiec dobierał księcia spośród najdostojniejszego rodu. Istniały więc przesłanki dla wytwarzania się władzy dynastycznej. Jednak polityczną rolę władzy książęcej ograniczał poważnie wpływ wiecu.
   Wieletowie, jako związek plemion pozostających pod władzą wielkoksiążęcą występują wyraźniej w źródłach od 789 do 839 r. Po roku 839 aż do roku 937 nie posiadamy żadnych wiadomości o tych plemionach. Nie brały one udziału w walkach z Frankami, prowadzonych przez Obodrytów i Serbów. Jest to zastanawiające, skoro weźmiemy pod uwagę, że właśnie związek wielecki do roku 839 występował, najostrzej w walkach przeciw Germanom.
   Kiedy w pierwszej połowie X wieku dowiadujemy się znowu o Wieletach, stanowią oni nadal związek plemion, ale już bez władzy wielkoksiążęcej. Być może, zamieszki wewnętrzne, wzrost tendencji odśrodkowych, spowodowały upadek władzy wielkich książąt a zarazem usunięcie się Wieletów z szerszej areny dziejowej.

   Za czasów Karola Wielkiego związek Obodrytów występował stale jako bezpośredni wróg Wieletów a zarazem sprzymierzeniec Franków. W żywocie Karola Wielkiego, pióra Einharda, znajduje się wzmianka o wzajemnych stosunkach Obodrytów i Wieletów: "... Welatabowie dręczyli nieustannymi napadami Obodrytów, którzy z dawna byli sprzymierzeni z Frankami i żadne zakazy na to nie pomagały" (Einhardi, Vita Oaroli Magni, rozdz. 12).
   Pierwszym znanym nam ze źródeł pisanych wielkim księciem Obodrytów był niejaki Wilczano. Panował on do roku 795, kiedy to zamordowali go Sasi, gdy przejeżdżał przez ich ziemie zdążając na dwór Karola Wielkiego. W roku 798 wymienia się wielkiego księcia Obodrytów Drożka, który był wiernym sprzymierzeńcem Franków. Podczas wojny, prowadzonej z sąsiednimi Duńczykami, Drożko został pobity. Nie mając posłuchu u swojego ludu zmuszony był opuścić swój kraj i udać się na dobrowolne wygnanie. Po jego ucieczce inny książę obodrycki, Godelaib sprawował władzę w związku plemiennym. Podczas dalszych walk z Duńczykami Godelaib został pojmany w niewolę i zabity za sprawą króla duńskiego Godofryda w 808 r. Po jego śmierci Drożko powrócił na tron i zawarł w 809 roku pokój z Duńczykami. Nie uchroniło go to jednak od śmierci z rąk wysłanników króla duńskiego.
   W osiem lat później cesarz Ludwik interweniuje w sporze dynastycznym o stolec wielkoksiążęcy Obodrytów. Zasiadł na nim Sławomir, który powinien dzielić władzę z synem Drożka Czedrogiem. Sławomir pragnął zapewnić sobie jednowładztwo, a kiedy Ludwik, działając na rzecz miejscowego (słowiańskiego) obyczaju nakazał podział władzy, Sławomir wypowiedział Frankom posłuszeństwo. ,,I sprawa tak mocno go podrażniła, że zaczął zapewniać, iż nigdy odtąd nie przestąpi rzeki Łaby i nie przybędzie na dwór cesarski..." (Annales Regni Francorum, pod r. 817).
   Sławomir przekroczył jednak Łabę, ale w zamiarach nieprzyjacielskich. W przymierzu z Duńczykami najechał północną Saksonię i razem z wojskami oraz flotą duńską oblegał bezskutecznie frankońską twierdzę Eselfeld. W 819 roku duża armia Franków i Sasów wkroczyła na ziemie Obodrytów i pojmała Sławomira. W Akwizgranie (Aachen), gdzie postawiono go przed sądem cesarza Ludwika, do oskarżycieli należeli także dostojnicy obodryccy, zarzucający mu wiele przestępstw, których dopuścił się jako władca swego ludu. Sławomir nie potrafił odeprzeć stawianych mu zarzutów i został przez Ludwika skazany na wygnanie.
   Tron obodrycki przyznano za aprobatą cesarza Czedrogowi. Ale i rządy Czedroga nie zadowoliły Franków. Na zjeździe we Frankfurcie nad Menem w 823 r. zarzucono mu niewierność wobec Franków i nie stawienie się przed oblicze cesarskie. Posłowie cesarscy udali się do Czedroga i zażądali stawienia się jego przed Ludwikiem. Czedróg odwlekał jednak swój przyjazd dość długo, wreszcie w towarzystwie kilku dostojników stawił się przed obliczem cesarskim w Compiegne.
Fakt stawienia się uznano za dostateczne zadośćuczynienie i pozwolono mu wrócić do kraju. W 826 r. dostojnicy obodrzyccy złożyli skargę na Czedroga, któremu cesarz nakazał stawienie się przed sobą, pod rygorem surowych kar. Czedróg stawił się na sejmie w Ingelheim nad Renem. Cesarz zatrzymał go przy sobie, a pozostałym Obodrytom nakazał powrócić do kraju. Wysłał tam także swoich posłów, aby sprawdzili, czy lud życzy sobie nadal panowania Czedroga. Lud nie był w tej sprawie jednomyślny, ale cała starszyzna (książęta i dostojnicy) wypowiedziała się za Czedrogiem.
   Cesarz nakazał przywrócenie Czedroga do władzy i wziął zakładników, jako gwarancję wierności.
Stosunki wewnętrzne w związku Obodrytów przedstawiają się nieco odmiennie niż w związku wieleckim. Wyrażają się one przede wszystkim w innym stosunku księcia i tych wszystkich, których można uznać za wielmożów, do ludu. Tutaj konflikty interesów władzy i ludu zarysowują się znacznie wyraźniej, ale wiec ludowy nie ma możliwości złożenia księcia z tronu. Ostrość konfliktu doprowadziła jednak do sytuacji, kiedy Drożko w obawie przed gniewem ludu musiał opuścić kraj. Również stosunek wielkich książąt obodryckich do innych książąt i wielmożów związku jest bardziej niezależny, a często przeciwstawny.
Można przypuszczać, że związek plemienny Obodrytów miał charakter monarchii wojskowej, w której władza księcia była oparta na zaprawionej w boju drużynie, dającej możliwość przeciwstawienia się woli możnych i ludu. Wydaje się także, że w związku tym występowała hierarchia plemion, podporządkowanych hegemonii Obodrytów.
   Kiedy podczas wojny z Godofrydem duńskim oderwały się od Obodrytów plemiona Smoteńców i Glinian, Drożko po zawarciu pokoju ruszył z posiłkami frankijskimi na główny gród Smoleńców. Po zdobyciu grodu podporządkował sobie zbuntowane plemiona.
   Poważny wzrost znaczenia władzy wielkiego księcia jest tu świadectwem narastającego rozwoju stosunków plemiennych w państwowe. Tej sytuacji przyglądali się nie bez obawy Frankowie, dla których jedynowładztwo Obodrytów równałoby się powstaniu potęgi, zagrażającej wschodnim granicom cesarstwa. Dlatego naturalnym odruchem było tu popieranie udzielnych książąt, reprezentujących poszczególne państewka związku obodrzykiego. Usunięci w cień za panowania Sławomira, zaczynają się pojawiać na widowni aktywnej działalności politycznej, już za rządów Czedroga. Po traktacie w Verdun i podziale monarchii karolińskiej (polityka Karolingów w tym względzie nie uległa zmianie. Nadal usiłowano rozbić potęgę wielkich książąt obodrzykich. Kiedy w 844 r. do Ludwika Niemieckiego dotarła wiadomość, że wielki książę Obodrytów, Gostomysł, zamierza zrzucić więzy zależności od państwa wschodnio-frankońskiego, król Franków wyprawił się z wojskiem na ziemie obodryckie. W walkach Obodryci zostali ciężko pobici a Gostomysł poległ na polu bitwy. Po poddaniu się książąt plemiennych, Ludwik nie wyznaczył osoby wielkiego księcia, pozostawiając jedynie u władzy lokalnych książąt.
   Jednak zabiegi te nie starczyły na długo, skoro już w 862 r. podczas walk Franków z Obodrytami, na czele tych ostatnich stanął wielki książę Dobomysł. Był on chyba już ostatnim wielkim księciem Obodrytów. W drugiej połowie IX w. zwyciężyły tu tendencje odśrodkowe, które doprowadziły do powstania szeregu niezależnych księstw. Podobny obraz widzimy w relacji Geografa Bawarskiego oraz później w połowie X w. Można przypuszczać, że upadek władzy wielkich książąt nastąpił na skutek przyczyn natury wewnętrznej. Mogła tu oddziałać zasada konieczności udziału w rządach najbliższych męskich członków rodziny wielkiego księcia. Przemiany te odbywały się w warunkach osłabionego nacisku ze strony władców wschodnio-frankijskich, gdyż od czasu śmierci Ludwika Niemieckiego (876 r.), do objęcia tronu przez Henryka I (918 r.) monarchia wschodnich Franków przechodziła kryzysy wewnętrzne i nie przejmowała ekspansji zewnętrznej.
   Położenie geopolityczne Obodrytów było znacznie trudniejsze, niż Wieletów. Sąsiadowali oni bezpośrednio z Sasami i Duńczykami, a na zapleczu mieli nieprzyjaznych sobie Wieletów, najpotężniejszych ze Słowian połabskich. Stąd konieczność szukania sojuszu, przede wszystkim z Frankami, jak to było za czasów Karola Wielkiego, lub z Duńczykami przeciw Frankom, jak to widzieliśmy później. Nie słyszymy jednak o sojuszu obodrycko-wieleckim. Widać korzenie waśni sięgały bardzo głęboko.
   Plemiona serbskie (sorabskie) wykazały najmniej tendencji zjednoczeniowych. Być może Derwan był już wielkim księciem plemion serbskich. W 748 r. podczas wyprawy Pippina frankońskiego przeciw Sasom, wielu książąt serbskich pośpieszyło Frankom z pomocą. W 805 r. wojska Franków i Sasów rozgromiły Siemila, księcia Głomaczów. Został on podporządkowany Frankom i musiał wydać swoich dwóch synów jako zakładników. Już w następnym roku nastąpiło uderzenie na plemiona serbskie, którym przewodniczył książę Miliduch. Sposób, w jaki wymieniają źródła karolińskie Miliducha, pozwala przypuszczać, że był on wielkim księciem plemion serbskich. Podczas walk książę Miliduch został zabity, a kraj jego spustoszony. Fakt ten spowodował poddanie się innych, pomniejszych książąt Frankom i wydanie im zakładników jako rękojmi przyszłej wierności. Od tej pory Frankowie często ingerowali w wewnętrzne sprawy plemion serbskich i czuwali nad ich lojalnością wobec siebie. Jeśli postępowanie jakiegoś władcy wydawało się Frankom podejrzane, natychmiast wzywany był do osobistego stawienia się przed cesarzem i wytłumaczenia się oraz oczyszczenia z zarzutów. Tak np. w 826 r. jeden z książąt serbskich Tęgło, został postawiony przed oblicze Ludwika i musiał bronić się przed stawianymi sobie zarzutami. Cesarz zezwolił mu na dalsze sprawowanie władzy, ale syn Tęgły pozostał na dworze cesarza jako zakładnik.
   Jeszcze za panowania Ludwika Pobożnego, podczas wspomnianej już wyprawy na Wieletów i Glinian w 836 r. doszło także do starcia Franków z serbskim plemieniem Koledyczan. W czasie walk zdobyto siedzibę księcia Ciemysła oraz 11 innych grodów. Sam książę zginął. Natychmiast Koledyczanie wybrali nowego księcia, mimo nie zakończonej wojny. Ten zawarł pokój z Frankami, składając przysięgę na wierność cesarzowi, wydając zakładników i zgadzając się na płacenie wielkiej daniny.
Sądząc z tej wzmianki Koledyczanie należeli do silniejszych plemion w obrębie międzyrzecza Łaby i Sali. Nie byli oni jednak hegemonem wśród plemion serbskich. Poza jedynym Miliduchem nie widzimy żadnej postaci, która by mogła być uznana za wielkiego księcia, przewodniczącego związkowi plemion. Widzimy natomiast dostatecznie często plemiona serbskie, doraźnie zjednoczone do zaczepnych czy obronnych działań wojennych. Na tym jednak kończyło się ich współdziałanie. Nie znajdujemy też śladu istnienia stałego związku plemiennego, jak to widzieliśmy u Wieletów czy Obodrytów. W źródłach występują poszczególni książęta różnych plemion serbskich. W roku 856 rozmaici książęta serbscy występują jako sprzymierzeńcy Franków w wojnie przeciwko Głomaczom i Czechom. W roku 857 jeden z książąt serbskich Cześcibór, udziela schronienia księciu czeskiemu, który w wyniku sporów dynastycznych musiał opuścić swój kraj. Ten ostatni, dzięki interwencji Franków, zdołał odzyskać swoje dziedzictwo. Cześcibór był lojalnym współpracownikiem państwa wschodnio-frankońskiego (niemieckiego) i udzielenie azylu księciu czeskiemu musiało być aktem uzgodnionym politycznie z Niemcami. W swej działalności stanął jednak na przekór dążeniom ludu, pragnącego wojny z Niemcami. W toku 858 zginął z rąk własnych współplemieńców. Dążenia antyniemieckie silne były u Serbów i wyrażały się w licznych wyprawach podejmowanych przez ich plemiona, często w sojuszu z sąsiadami. W 869 r. występują przeciw Niemcom wspólnie z Susłami i Czechami, w latach 874 i 877 najeżdżają Niemców razem z Susłami.
   Wreszcie w roku 880 Serbowie brali aktywny udział w wielkiej wyprawie na Turyngię wraz z Głomaczami, Czechami i zapewne przy współudziale wojsk wielkomorawskich. Działo się to bowiem podczas panowania Świętopełka Morawskiego. Podczas owego najazdu zostały także spustoszone osady Słowian wiernych Niemcom nad brzegami Sali.
   Z przytoczonych licznych wzmianek można sobie wyrobić pogląd o sposobie postępowania Franków, a później zwłaszcza wschodnich Franków, czyli Niemców, z ludami słowiańskimi. Politykom i władcom frankijskim nie obce były cechy ustrojowe Słowian w omawianym okresie. Potrafili oni doskonale rozgrywać wszystkie słabe strony tych ustrojów a także rozbicie na niewielkie grupy plemienne, a nadto wykorzystywane były i podsycane stare waśni między poszczególnymi ludami. Stara rzymska zasada "divide et impera" stosowana była w całej rozciągłości i z powodzeniem.
   Sposób ujarzmiania poszczególnych ludów słowiańskich przebiegał według pewnych schematów, różniąc się jedynie wariantami konkretnych sytuacji. Władca Franków organizował najazd na jedno z plemion czy związek plemion połabskich, wykorzystując aktualne jego osłabienie czy izolację wśród ludów sąsiednich. Zazwyczaj było to silne, skoncentrowane uderzenie, przy biernym czy aktywnym sojuszu Franków z otaczającymi atakowany lud plemionami. Podczas walk dążono przede wszystkim do zlikwidowania głównych ognisk oporu, istniejących w postaci umocnionych grodów. Najważniejszym aktem w tym względzie było zdobycie grodu, stanowiącego własność wielkiego księcia, czy też innego z książąt, odgrywającego najważniejszą rolę polityczną. Przy okazji trwała grabież, puszczanie z dymem osad, branie ludności w niewolę -mające na celu zarówno zastraszenie nieprzyjaciela jak i jego osłabienie ekonomiczne. Ważnym aktem politycznym w czasie wojny było dostanie w ręce napastników księcia oraz tych, których źródła określały wielmożami. W obliczu klęski wojennej i bezpośredniego zagrożenia swego życia książę zmuszony był do złożenia przysięgi na wierność cesarzowi, oddania kogoś ze swoich najbliższych jako zakładnika na dwór cesarski (zazwyczaj syna pierworodnego) i zobowiązania się do płacenia stałej - niejednokrotnie wysokiej - daniny. Zakładników pobierano także od tych wszystkich, którzy mogli mieć wpływ na rządy, ewentualnie pretendować do stolca książęcego.
Jeśli książe został zabity podczas walki lub odmawiał złożenia przysięgi, zdobywcy powodowali wybór na księcia takiego człowieka, który mając mir u swoich, godził się jednocześnie na warunki najeźdźców. W ramach polityki frankijskiej leżał więc interes utrzymania władzy książęcej, wyrastającej z miejscowej arystokracji.
   Sądzić można, że w jakimś wymiarze utrzymanie na ziemiach uzależnionych władzy wielkoksiążęcej mieściło się w ramach polityki przynajmniej niektórych cesarzy frankijskich. Jednocześnie obserwowaliśmy zabiegi, zmierzające do możliwie jak największego osłabienia władzy książąt na rzecz książąt udzielnych.
   Uzależniony książę musiał dosyć często, może nawet dorocznie, stawiać się przed oblicze cesarza, nie tylko wtedy, kiedy był wzywany w związku z podejrzeniami o nielojalność. Jednocześnie na dworze cesarskim znajdowali schronienie wszyscy potencjalni pretendenci do tronu książęcego, jeśli w ramach wewnętrznych sporów dynastycznych zmuszeni byli do ucieczki z kraju. Każdy niezadowolony z władzy księcia znajdował chętne posłuchanie u dworu cesarskiego.
Wysoki trybut, płacony przez księcia, ściągany był z owoców pracy całego społeczeństwa. Dla zniszczonych wojnami ziem był to często ciężar znaczny.
   Uzależnienie pociągało za sobą form okupacji wojskowej, jak to można by sobie wyobrazić. Grody obronne nie bywały burzone. Pozostawiano podbitym ludom wiele zewnętrzno-formalnych cech niepodległości. Nie słyszymy także o próbach narzucania religii chrześcijańskiej uzależnionym Słowianom.
   Niemniej formy i treści zależności były niezwykle uciążliwe. Wpływały one hamująco na gospodarczy, społeczny i polityczny rozwój uzależnionych ludów. Dlatego też widzimy ciągłe zrywanie się ludów połabskich do walki wyzwoleńczej. Co szczególnie interesujące - często był to wyraz woli ludu wbrew interesom księcia.
   Należy jednak podkreślić, ze sposoby, jakie stosowali Frankowie wobec ludów słowiańskich przy ich podporządkowywaniu sobie, stosowane były takie przez silniejsze państewka słowiańskie wobec słabszych. Nie jest wykluczone, że ten typ zależności zachodził w związku plemiennym Obodrytów. Pierwotnie rolę czynnika ujarzmiającego sprawowało zapewne plemię Obodrytów, później, w X w. rolę ich przejęło plemię Redarów.
   Obok stosunków wojennych i dyplomatycznych łączyły Franków i Słowian także stosunki handlowe. Wzajemna wymiana handlowa, z której przeważające korzyści ciągnęli kupcy frankijscy, służyła jednak przyspieszeniu rozwoju gospodarczego Słowian.
   Pewne aspekty tej działalności handlowej były jednak bardzo niewygodne dla władców frankijskich. Dążenia do zwiększenia kontroli nad tym handlem, a zwłaszcza chęć ukrócenia wywozu broni na ziemie słowiańskie, spowodowały wydanie przez Karola Wielkiego w 805 r. edyktu ogłoszonego w Diedenhofen.
   Paragraf 7 tego edyktu wyznacza szereg punktów, do których wolno dochodzić kupcom frankijskim. Tymi miejscowościami m.in. są: Bardowik, Magdeburg, Erfurt, Forcheim, Regensburg i Lorch. "I niech nie wiodą broni ani zbroi na sprzedaż. Bo jeśli znajdzie się u nich przewożoną, to niech będzie im zabrany cały ich dobytek i niech połowa przypadnie na skarb pałacowy, a druga połowa niech zostanie podzielona między wspomnianych dowódców (komendantów garnizonów wymienionych miejscowości - przyp. J.G.) i znaleźcę" - brzmią surowe słowa rozporządzenia. Mamy powody do przypuszczenia, że ten surowy ustęp rozporządzenia nie zawsze był przestrzegany, skoro weźmiemy pod uwagę znaleziska broni frankijskiej na połabskich terytoriach słowiańskich.
   W każdym jednak wypadku rozporządzenie z 805 r. kładło kres szerokiej i swobodnej wymianie handlowej między Frankami a Słowianami, stawiając rangę stosunków wojennych i politycznych na pierwszym miejscu.
   Wyrazem obawy przed najazdami Słowian na wschodnie ziemie Franków było wybudowanie u wschodnich granic Saksonii, na lewym brzegu Łaby długiego pasa umocnień, sięgających od ujścia rzeki Enizy do Dunaju aż po wybrzeże Bałtyku. Umocnienia te zwane "Limes saxonicus" i "Limes sorabicus" były prawdopodobnie założone przez Karola Wielkiego. Zaczynały się one w okolicach dzisiejszego Linzu, biegły brzegiem Dunaju do Regensburga (Ratysbony), dalej kierowały się na północ i docierały do brzegów Regnicy w pobliżu Norymbergi. Dalej od ujścia Regnicy do Menu przecinały wielką wtedy puszczę - Las Frankoński - i dochodziły do Erfurtu. Od tego miejsca brzegami Sali i Łaby osiągały Bardowick, skąd zwracając się na północny wschód biegły brzegiem Traweny (dziś Trave) a dalej Święciany do Morza Bałtyckiego.
   Wymienione już wyżej punkty, do których mogli docierać kupcy frankijscy były właśnie umocnionymi bastionami na Limes saxonicus, siedzibami dowódców poszczególnych garnizonów. Pas umocnień dzielący posiadłości frankijskie od słowiańskich spowodował ostateczną stabilizację osadnictwa słowiańskiego nad Łabą i pohamował parcie Słowian na zachód. Stał się także wygodnym punktem wyjściowym dla agresywnych poczynań Franków w kierunku wschodnim. Dowódcy garnizonów pogranicznych czuwali nad "lojalnością" ujarzmionych plemion słowiańskich i prowadzili akcję szpiegowską na ich ziemiach.
Nie wiemy jak długo Limes saxonicus stanowił aktywną barierę militarną. Należy przypuszczać jednak, że już w 80 latach IX w. jego znaczenie zaczęło upadać. W połowie XI w., jak wiemy z relacji Adama Bremeńskiego (Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum II, 18), pamięć o limesie jeszcze nie zgasła i można było odszukać jego ślady w terenie. Nie posiadał on już jednak znaczenia militarnego, mimo że XI w. był okresem wielkiego wzrostu znaczenia politycznego i wojskowego Obodrytów i Wieletów.
   Począwszy od wstąpienia na tron Henryka I (918 r.) rozpoczęła się nowa fala najazdów niemieckich, zapoczątkowanych kiedyś przez Karola Wielkiego i zaniechana po śmierci Ludwika Niemieckiego. Walki te, prowadzone ze zmiennym szczęściem przechylały szale zwycięstwa raz na stronę niemiecką, raz na słowiańską. W zasadzie jednak Słowianie znajdowali się w defensywie. W toku tych walk dochodziło do jednoczenia się przeciw Niemcom obydwu dawniej wrogich związków - wieleckiego i obodryckiego. Grupa plemion serbskich została jeszcze w pierwszej połowie X w. ujarzmiona całkowicie przez Niemców. Ważnym wrogiem Słowian zachodnich stało się około połowy X w. księstwo Polan, dążące do aneksji terytorialnej od strony wschodniej. Wieleci jednak jednoczyli się też z Niemcami w walce przeciw władcom Polan.
   Dzieje upadku Słowian połabskich wykraczają chronologicznie poza ramy przyjęte w niniejszym opracowaniu. Ostateczny upadek ich następuje bowiem dopiero w XII w., aczkolwiek wyraźne jego znamiona zarysowały się u schyłku wieku XI. Przyczyn upadku i podboju Słowian połabskich dopatrywać się można przede wszystkim w ich słabości ustrojowej. Rozwijająca się początkowo instytucja wielkiego księstwa, powstająca w ramach związku plemion upadła już w połowie IX w. Umocniły się także siły odśrodkowe, na co wskazywaliśmy już wyżej. W obrębie poszczególnych związków plemion zarysowały się różnice zdań, prowadzące niekiedy do wojen pomiędzy poszczególnymi przedstawicielami związku. Czego nie mógł dokonać oręż wroga, czyniła waśń międzyplemienna. Nadmiernie rozbudowana rola wiecu ludowego była już w tych czasach zdecydowanym anachronizmem i powstrzymywała rozwój silnej, scentralizowanej władzy książęcej, która by mogła zapewnić Połabianom silną pozycję polityczną i militarną.
   Aneksja niemiecka po połowie X wieku zmienia nieco swoje metody w porównaniu z epoką karolińską. Obok klasycznych sposobów ujarzmiania przez nakładanie trybutu i branie zakładników, mają tu miejsce i konkretne zabory terytorialne, w ślad za którymi następowali osadnicy niemieccy. Grody słowiańskie bywały obsadzane załogami niemieckimi, a świątynie pogańskie równane z ziemią. Pogaństwo, system wierzeń religijnych Słowian połabskich, stanowiło niewątpliwie ten czynnik ideologiczny, który sprzyjał tendencjom odśrodkowym. Z relacji kronikarzy wiemy, że każde, najmniejsze plemię posiadało swoje odrębne bóstwo i jego świątynię. Podczas wypraw wojennych noszono posągi bóstw, otoczone specjalną opieką.
   Zachowały się stosunkowo późne opisy świątyń i obrzędów pogańskich u Słowian nadłabskich, bo pochodzące z XI wieku. Biorąc pod uwagę konserwatywność kultów religijnych można odnieść charakterystykę tych kultów do czasów z VIII-IX w.
W okresie około połowy X w., kiedy w związku wieleckim zaczęło się wysuwać na czoło plemię Redarów, również bóstwo tego plemienia, Swarożyc, czczony w głównym ich grodzie Radogoszczy, uważany był za najważniejszego boga całego związku wieleckiego. Według relacji Thietmara Marseburskiego Radogoszcz leżała pośród wielkiego lasu nad brzegiem Jeziora Doleńskiego. Las był uważany za poświęcony bóstwu i przez to nietykalny. Do grodu prowadziły trzy bramy, z których dwie były powszechnie dostępne, a trzecia wychodziła na brzegi jeziora. Wewnątrz grodu była tylko świątynia drewniana, której ściany spoczywały na fundamentach z rogów dzikich zwierząt. Zewnętrzne ściany świątyni pokryte były staranną płaskorzeźbą, pokazującą wizerunki bogów i bogiń. Wewnątrz świątyni znajdowały się postaci bóstw, zbrojne w straszliwe hełmy i pancerze, a każdy miał wyryte u spodu imię. Pierwsze miejsce wśród tych bogów zajmował Swarożyc, cieszący się największym nabożeństwem. W świątyni przechowywano też sztandary bojowe, zabierane stąd jedynie podczas wypraw wojennych.
Dla sprawowania kultu powołani byli osobni kapłani. Podczas składania ofiar i sprawowania obrzędów religijnych tylko kapłanom wolno było pozostawać w pozycji siedzącej, podczas gdy wszyscy inni musieli stać. Dużą wagę przypisywano wynikom wróżb, sprawowanych przez kapłanów. Każde zamierzone przedsięwzięcie, jeśli nie uzyskało pomyślnej wróżby, było zaniechane. Uważano także, że ilekroć zagrażają im niebezpieczeństwa długiej wojny domowej, wychodzi z jeziora dzik o spienionym pysku i tarza się w nadbrzeżnych mokradłach.
  Ważną rolę przy wróżbach spełniał święty koń. Motyw świętego konia odgrywał ważną rolę nie tylko u Słowian połabskich, ale także u plemion pomorskich, jak to widzimy z innych wzmianek. Wojska wyruszające na wyprawę wojenną składały obowiązkowo cześć bóstwom, a po szczęśliwym powrocie obdarzały bóstwa darami zdobycznymi. Noszone w wyprawach wojennych posągi bóstw strzeżone były w sposób nadzwyczajny. W znanym wypadku, kiedy podczas przeprawy przez rzekę jeden z posągów utonął, zatonęło z nim razem 50 wojowników, mających na celu wyłączną obronę posągu bóstwa.
Ta ważna rola kultu religijnego spowodowała, że w walkach ze Słowianami starano się niszczyć przede wszystkim ich ważniejsze ośrodki kultowe. Zniszczenie świątyni Swarożyca w Radogoszczy w 1067 r. stało się przyczyną osłabienia ideologicznej przewagi Redarów a także jednym z czynników, który przyczynił się do upadku związku Wieletów.
   O wierzeniach Słowian obodryckich pisze obszerniej Helmold, dziejopisarz z XII w. Jego zapiski odnoszą się do czasów wcześniejszych. Pisze on tak: "Prócz bowiem gajów i bogów domowych najpierwszą i szczególną cześć odbierali: Prowe, bóg ziemi stargardzkiej, Siwa, bogini Połabian i Radigost, bóg ziemi obodryckiej. Na służbę im poświęceni byli kapłani. Przynoszono im różne ofiary i rozmaitą cześć religijną im oddawano. Kapłan podług wskazania losów przeznaczał uroczystości, jakie na cześć tych bogów odprawiać miano. I wtedy schodzili się ludzie z żonami i dziećmi i bogom swym składali ofiary z wołów i owiec, a wielu i z ludzi chrześcijańskich, tych krew bowiem, jak tłumaczyli, szczególniej podobała się bogom. Po zabiciu bydlęcia kapłan krwi jego kosztował, by się zdolniejszym stać do przyjęcia wyroku boskiego; wielu bowiem mniema, że duchy diabelskie łatwiej krwią się wywołują. Po przyniesieniu ofiary podług zwyczaju lud oddaje się ucztom i weselu. Istnieje u Słowian dziwny przesąd; w czasie uczt bowiem i pijatyki obnoszą czarę ofiarną i na nią zlewają w imieniu bogów, to jest dobrego i złego słowa, nie powiem błogosławieństwa, lecz poddaństwa. Wyznają bowiem, że jak pomyślność od dobrego boga, tak nieszczęście od złego pochodzi. I dlatego też złego boga nazywają w swym języku Diabol albo Czerneboch, to jest czarny bóg".
   W późnych dziejach Słowian połabskich w XII w. doniosłą rolę odgrywała świątynia Światowita w Arkonie na Rugii, siedzibie plemienia Ranów. O plemieniu tym dowiadujemy się późno w źródłach pisanych, bo dopiero w XI w. Wcześniejsze milczenie źródeł na ten temat wynika z faktu, że Ranowie nie należeli do związku plemion obodryckich ani wieleckich i nie brali udziału w walkach przeciw Niemcom. Po raz pierwszy pojawili się zresztą w źródłach jako czasowi sprzymierzeńcy Niemców. Kult Światowita należał do wysoko zorganizowanych wierzeń pogańskich. Był on bóstwem państwowym, posiadającym stały, zorganizowany stan kapłański z arcykapłanem na czele. Rozwinęła się tam zresztą swoista odmiana teokracji, gdzie czynnikiem cementującym jedność plemion Ranów było bóstwo państwowe, Światowit. Posiadał on własną, doborową drużynę wojskową, biorącą w jego imieniu udział w walkach. Była więc to szczególnie żywa forma abstrakcji.
   Znaczenie Światowita w ostatniej fazie dziejów Słowian zachodnich było olbrzymie. Wokół kultu tego bóstwa cementowała się świadomość narodowa tych ludów i ich wola oporu przeciw chrześcijaństwu oraz zaborowi germańskiemu. Miarą popularności bóstwa może być fakt, że nawet chrześcijański król Danii Swen (1146-1157) przysłał dary Światowitowi.
   W roku 1168 Waldemar Duński zaatakował koncentrycznie Rugię, będącą zresztą groźnym gniazdem korsarstwa słowiańskiego na Bałtyku. Świątynia Światowita została zdobyta i zrównana z ziemią. Był to ostatni i decydujący cios zadany Słowianom zachodnim.
   Na obszarze między Łabą i Salą a Odrą i Nysą Łużycką zachowały się po dzień dzisiejszy liczne nazwy miejscowości o słowiańskim brzmieniu, świadczące o pobycie tu ludności słowiańskiej. Jedynym żywym reliktem jest grupa słowiańskich Łużyczan, zamieszkujących na wschód od Drezna, wokół miejscowości Budziszyn (Bautzen). Ludność ta zachowała po dzień dzisiejszy swój język, wiele obyczajów a częściowo i kobiecy strój ludowy.
   Wielowiekowa polityka wynarodowienia nie zdołała przełamać ludności łużyckiej. W Budziszynie nazwy ulic są dwujęzyczne - słowiańskie i niemieckie. Wychodzą książki i czasopisma łużyckie, istnieje specjalny Instytut Naukowy (Institut za Srbski Ludospyt), zespoły śpiewacze i taneczne w strojach ludowych.
   Po innych grupach słowiańskich, wobec akcji germanizacyjnej zostały tylko wspomniane historyczne nazwy miejscowe i ślady archeologiczne. W Niemczech wilhelmowskich i hitlerowskich niechętnie zwracano uwagę na słowiańskie zabytki międzyrzecza Łaby i Odry. Te, które bywały wykopywane, chowano w czeluściach magazynów muzealnych.
   Zmiana w tym zakresie nastąpiła dopiero po II Wojnie Światowej. Przystąpiono tam do planowych badań nad starożytnościami słowiańskimi, rejestracji grodzisk i cmentarzysk.
    Obraz, jaki rysuje się w świetle inwentaryzacji i naniesienia na mapę grodzisk z VIII, IX i X wieku jest bardzo interesujący. Na wszystkich terenach zasiedlonych przez ludy słowiańskie obserwujemy znaczne zagęszczenie drewniano-ziemnych grodów obronnych. Koncentrowały się one zwłaszcza na terenach nadających się do uprawy rolnej, omijając zwarte obszary puszczańskie i jałowe gleby.
   Ilość zarejestrowanych grodzisk przekracza znacznie cyfry, podawane przez "Geografa Bawarskiego" dla poszczególnych plemion. Stąd można wnioskować, że owe grody ("civitates" w tekście oryginalnym) oznaczają te ośrodki grodowe, które były istotnymi centrami administracyjnymi plemion połabskich.
   Położenie grodów jest zazwyczaj wysoce obronne. Lokują się one na wyspach jezior, półwyspach, w rozlewiskach rzek, na kępach między bagnami.
   Znamy również cmentarzyska. Są to prawie wyłącznie ciałopalne groby, zawierające skromne wyposażenie. Obok grobów płaskich spotykamy także groby kurhanowe. Na całym terenie międzyrzecza Łaby i Odry nie widzimy w VII-IX w. prawie żadnych materiałów, związanych z pobytem ludów germańskich, wyłączając importy, jakie dostawały się tu drogą handlu.
W materiałach archeologicznych żywioł germański najwcześniej zarysowuje się na odcinku między górną Łabą a Salą. W stwierdzonych wypadkach jest widocznym, jak zabytki germańskie nawarstwiają się na stare materiały słowiańskie. Proces ten odpowiada najzupełniej obrazowi, jaki widzimy w świetle źródeł pisanych.
   Na terytorium między Dolną Łabą a Odrą zabytki germańskie pojawiały się znowu znacznie później. Obfity ich napływ możemy obserwować dopiero w XIII w. Od VI aż do schyłku XII wieku królują tu zdecydowanie materiały archeologiczne słowiańskie.

Drzewianie
To jedno z najbardziej wysuniętych na zachód plemion słowiańskich. Zamieszkiwali puszcze na zachodnim brzegu Łaby. Należeli do Związku obodryckiego. Około 900 roku pokojowo podporządkowli się Niemcom, dlatego nie doszło do ich ludobójstwa, a język słowiański na ich terenie przetrwał do początku XIX wieku. Obecnie ich teren plemienny nazywa się Lueneburger Heide albo Wendland i jest położony na południe od Hamburga.
Niklot (zm. 1160) - książę obodrycki. Niklot walczył z Niemcami i Duńczykami o wolność swego ludu. Jedyny słowiański władca, który pokonał wyprawę krzyżową i powstrzymał przymusową niemiecką akcję chrystianizacyjną. Zginął w czasie bitwy pod Orłem (dziś Wurle?) w 1160 r. Od jego syna, Przybysława (Pribislav), wywodzi się dynastia książęca panująca w niemieckiej Meklemburgii do 1918 roku.

Wagrowie
- najdalej na zachód wysunięte nadmorskie (Wagria nad Bałtykiem) plemię połabskie, odłam Obodrytów, graniczące od zachodu z germańskimi Nordalbingami. Główny ośrodek - Starogard, u Adama z Bremy Aldinburg, dziś Oldenburg w Niemczech. Podbite przez Niemców i stopniowo od XII wieku kolonizowane (ok. 1140 Adolf II Holsztyński wciela w życie plan zasiedlania ziem Wagrów przez osadników niemieckich)

Redarowie
- średniowieczne plemię słowiańskie należące do wieleckiej grupy plemion - Związku Wieleckiego - często w nim dominowali. Uznane przez kronikarzy za najbardziej wojownicze spośród plemion wieleckich. Zamieszkiwali u źródeł Dołęży. Głównym grodem był Radogoszcz - miejsce kultu m.in. boga Swarożyca .

Stodoranie
- średniowieczne plemię słowiańskie zamieszkujące dorzecze rzeki Hawela - prawego dopływu Łaby. Do tej samej grupy plemiennej obok Stodoran zaliczano plemiona: Nieletycy, Doszanie, Zamczycy i Płoni. Centralnym grodem Stodoran była Brenna podbita przez Albrechta Niedźwiedzia w 1157. Zmieniono wówczas nazwę Brenna na Brandenburg a okoliczne ziemie nazwano Brandenburgią.

Czrezpienianie, Czrezpieczanie, Czerezpieczanie, Czerespienianie - średniowieczne plemię słowiańskie należące do grupy plemion wieleckich (Związek wielecki). Zamieszkiwali między Reknicą (dziś Recknitz) i Pianą (obecnie Peene). W 1151 razem z Chyżanami zbuntowali się przeciwko władcy Niklotowi. Po wojnie domowej Związku Wieleckiego (1057-1060) dostali się pod władzę Obodrzyców.

Ranowie
inaczej Rugianie (z niem.) albo Rujanie, zachodniosłowiańskie plemię połabskie zamieszkujące we wczesnym średniowieczu wyspę Rugię i pobliskie ziemie na stałym lądzie (obecnie Meklemburgia-Pomorze Przednie w Niemczech). Plemię posiadało dwie stolice: władyki świeckiego w Gardźcu (niem. Garz, obecnie: Garz/Rügen) oraz arcykapłana (żercy) kultu pogańskiego boga Świętowita (połabski Svątevit czytaj swantewit) w Arkonie - jednym z najznamienitsztych sanktuariów słowiańszczyzny zachodniej. Ten ostatni bastion Słowian zachodnich został zniszczony przez wojska pod wodzą duńskiego króla Waldemara I Wielkiego i biskupa Roskilde Absalona w 1168 roku. Ranowie zostali ochrzczeni a ich terytorium włączone do diecezji Roskilde bullą papieża Aleksandra III w roku 1169. Ówczesny wódz Ranów Tesław złożył hołd królowi i stał się pierwszym wasalnym wobec Danii księciem rugijskim. Ostatnia kobieta władająca językiem Ranów, Hulicina, mieszkająca na Rugii zmarła w 1404 roku.

KSIĘSTWO RUGIJSKIE/RAŃSKIE

* 1168-1325 księstwo wasalne królów Danii:
o 1162-1170 Tesław
o 1170-1218 Jaromar I
o 1218-1236 Barnut razem z Wisławem I
o 1218-1249 Wisław I
o 1249-1260 Jaromar II
o 1260-1302 Wisław II razem z Jaromarem III
o 1264-1283 Jaromar III
o 1302-1325 Wisław III na Rugii
o 1302-1304 Sambor w Stralsundzie

* od 1325 do książąt (zachodnio)pomorskich jako księstwo wołogosko-rugijskie, albo rugijsko-bardowskie:
o 1325-1326 Warcisław IV
o 1326-1368 Bogusław V, Warcisław V, Barnim IV
o 1368-1372 Warcisław VI, Bogusław VI
o 1372-1394 Warcisław VI
o 1394-1415 Warcisław VIII
o 1415-1432/36 Świętobor II
o 1432/36-1451 Barnim VIII
o 1451-1457 Warcisław IX
o 1457-1478 Warcisław X

* od 1474 w składzie ks. wołogoskiego

* od 1478 w składzie ks. (zachodnio)pomorskiego

Arkona(niem. Kap Arkona)
– skalisty przylądek w skrajnie północnej części Rugii (Meklemburgia-Pomorze Przednie).
We wczesnym średniowieczu centralny gród obronny zachodniosłowiańskich Ranów na trudno dostępnym wąskim cyplu półwyspu Wittow, broniony od lądu podkowiastym wałem i fosą. Znany ośrodek kultu pogańskiego boga Świętowita (połabskie: Svątevit, czytaj swantewit). Świątyni Świętowita (kąciny) strzegła stała załoga licząca 300 wojów, podległych arcykapłanowi. W świątyni znajdował się skarbiec Świętowita, będący właściwie skarbcem państwa Rugian. Po splądrowaniu (1067/1068) a następnie zniszczeniu (1125) Radogoszczy Arkona stała się najważniejszym miejscem kultu religijnego Słowian nadbałtyckich. Została zdobyta i zniszczona w 1168 przez króla duńskiego Waldemara I.

Radogoszcz (Retra)
wymieniany również jako Radegost, Riedigost (niem. Redigast, Radigast, Rethra) – główny ośrodek polityczny Redarów oraz centrum kultu Radogosta-Swarożyca; współcześnie Alt Rehse - wieś w Niemczech k. Neubrandenburga (Meklemburgia-Pomorze Przednie), nad jeziorem Tollensesee. Znany z opisów niemieckich kronikarzy:

* w XI wieku – Thietmara z Merseburga i Adama z Bremy,
* w XII wieku – mnicha Helmolda z Bosau (Slawenchronik w oparciu o relacje Adama z Bremy).

Najdokładniejszy opis grodu, a przede wszystkim świątyni, pochodzi z kroniki Thietmara:
Jest w kraju Redarów pewien gród o trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących, zwany Radogoszcz, który otacza zewsząd wielka puszcza, ręką tubylców nie tknięta i jak świętość czczona. Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich wchodzących, trzecia od strony wschodniej jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę, która prowadzi do położonego obok i strasznie wyglądającego jeziora. W grodzie znajduje się tylko jedna świątynia, zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i bogiń - jak można zauważyć, patrząc z bliska - w przedziwny rzeźbione sposób, wewnątrz zaś stoją bogowie zrobieni ludzką ręką w straszliwych hełmach i pancerzach, każdy z wyrytym u spodu imieniem. Pierwszy spośród nich nazywa się Swarożyc i szczególnej doznaje czci u wszystkich pogan. Znajdują się tam również sztandary (stanice), których nigdzie stąd nie zabierają, chyba że są potrzebne na wyprawę wojenną i wówczas niosą je piesi wojownicy. Do strzeżenia tego wszystkiego z należytą pieczołowitością ustanowili tubylcy osobnych kapłanów.
Kalendarium

* 957 - cesarz Otto I prowadzi wyprawę przeciw Redarom,
* 965 - pierwsza pisana wzmianka o okolicy,
* 1002 - Thietmar, biskup merseburski w swojej kronice opisuje gród (Redigast lub Radigast), gdzie Redarowie oddawali cześć Swarożycowi,
* 1018 - powstanie Obodrzyców pod wodzą kapłanów z Retry,
* 1066 - zryw plemion Związku Wieleckiego; rzekome złożenie w ofierze Radogostowi głowy schwytanego biskupa meklemburskiego Jana (Johannesa),
* zimą 1067 na 1068 - biskup Burchard z Halberstadt prowadzi wyprawę wojenną przeciw Wieletom, zdobywa i pustoszy kraj Redarów (w tym Retrę) i powraca do Saksonii na świętym rumaku Swarożyca,
* 1125 zburzenie grodu przez wojska króla niemieckiego Lotara III Saskiego

Świętowit    (na zdjęciu posąg wykopany ze Zbrucza, znajdujący się w muzeum w Krakowie).(nazwy połabskie: Svątevit, błędnie Światowid; w źródłach Zvanthevith, Sventevith - w bezpośrednim tłumaczeniu Pan Świętej / Nadprzyrodzonej Mocy) to główne bóstwo czczone przez plemię Słowian połabskich - Ranów zamieszkujące na Rugii w grodzie Arkona. Relacja duńskiego kronikarza, Saxo Grammaticusa zawarta w dziele Gesta Danorum podaje, że w tamtejszej świątyni przedstawiać boga miał posąg olbrzymiej, człekopodobnej istoty o czterech twarzach. W prawej ręce trzymać miał róg, który kapłan podczas świąt napełniał winem w celu odprawienia wróżb. Uważany za boga najwyższego - pana niebios, także lasu, słońca, ognia, urodzaju i prawdopodobnie wojny. Pewne elementy posągu w Arkonie mają swoje ścisłe odpowiedniki w słynnym idolu zbruczyńskim (znalezionym w 1848 r.), który obecnie znajduje się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie.

O POLAKACH W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ.
Dzielni i pachnący
    Oczywiście, mamy żal do społeczeństw zachodnich, iż nie doceniły wkładu naszych bohaterów w zwycięstwo wojenne, ba - często o nim po prostu nic nie wiedziały. Ostatni przykład: Lynne Olson i Stanley Cloud, oboje znani dziennikarze amerykańscy, którzy napisali właśnie książkę o pilotach z Dywizjonu 303 pod wymownym tytułem "Kwestia honoru", przyznali, że zanim zabrali się do dzieła, nigdy nie słyszeli o udziale Polaków w Bitwie o Anglię.

    Dziś, gdy przeglądam jakąkolwiek książkę wojenną, zwłaszcza zachodnią, jak maniak sprawdzam czy oddaje honor naszym. Cóż dopiero książka o Monte Cassino! 456-stronicowa praca Matthew Parkera (autora "The Battle of Britain") zachowuje pełną pod tym względem wrażliwość i autor powinien być nad Wisłą przyjęty z pełnym szacunkiem. O Monte Cassino toczyły się cztery osobne wielkie bitwy, zginęło tam ćwierć miliona żołnierzy, Parker oczywiście opisuje wysiłek wszystkich - od Kanadyjczyków po Nowozelandczyków i Gkhurów.
    Przyznaje jednak, że Polacy mają w tej historii miejsce szczególne; kreśli na kilku stronach nieznaną zachodniemu czytelnikowi drogę żołnierzy polskiego Drugiego Korpusu przez głód i mróz Syberii, ewakuację do Iranu, obozy w Palestynie, walki w Tobruku aż do kampanii włoskiej. Polacy nie przypominali w niczym Brytyjczyków; jeden z nich tak wspomina: "Dziwni to byli żołnierze, czyści, przystojni i pachnący perfumami. Palili papierosy przez długie fifki i zadali sobie trud opanowania włoskiego. Miejscowe kobiety traktowali z dużym wdziękiem, co na signorinas robiło wielkie wrażenie. Przy całym swym uroku, Polacy byli nieustraszeni i dzielni, co miało się potwierdzić w kolejnych tygodniach".

    Ich brytyjscy koledzy z 8 Armii (w jej skład wchodził polski korpus) wojnę traktowali na luzie, stąd inny odnotowany aspekt podziwu: Polacy, zdaniem żołnierza brytyjskiego, wojnę traktowali ze śmiertelną powagą, "ich motywacja była tak prosta jak oni sami... chcieli tylko zabijać Niemców i nie dbali o nic innego". Wzruszający jest też w książce Parkera moment chwały, kiedy 26-letni porucznik Kazimierz Gurbiel z 12 Pułku Ułanów Poznańskich wchodzi z patrolem w ruiny potężnego klasztoru i - ponieważ nie ma polskiej flagi - wywiesza pośpiesznie proporzec pułku, sztukowany z podartych materiałów. Hejnał mariacki, odegrany na miejscu, pobudza łzy tych zatwardziałych w bojach żołnierzy, tak przywykłych do codzienności śmierci.

     Autor odnotowuje też, że w 1983 r. w telewizyjnym programie nadanym w RFN twierdzono, że tamten polski patrol zamordował trzech rannych niemieckich spadochroniarzy, którzy się poddali. Oskarżenie wywołało skandal międzynarodowy. Dwa lata później usłyszał o tym jeden z rannych Niemców, Robert Frettloehr, i skontaktował się z polskim stowarzyszeniem kombatantów w Niemczech, by na piśmie zaprzeczyć temu oszczerstwu. Gurbiel i Frettloehr spotkali się potem na wzgórzu w 45 rocznicę bitwy jak przyjaciele i obiecali spotkać ponownie, lecz tak już nie miało się stać. Por. Gurbiel zmarł w 1992 r., a jego pogrzeb w Przemyślu był skromny, bez kompanii honorowej. "Takie było odejście oficera dowodzącego, którego ludzie jako pierwsi żołnierze sił sojuszniczych weszli do klasztoru Monte Cassino" - stwierdza melancholijnie autor.

    Książka jest relacją imponującego żołnierskiego trudu i sprawozdaniem z wielkiej ofiary. Autor przeprowadził ponad sto szczegółowych rozmów z żyjącymi weteranami tej "najcięższej bitwy II wojny światowej"; prawie wszyscy rozmówcy, osiemdziesięciolatkowie, byli w tamtej kampanii ranni. Z konieczności więc zagadnienia strategiczne zajmują w niej skromne miejsce. Ale oczywiście nie mógł autor nie zadać kilku pytań o sens tej ofiary. Jego przewodnikiem w ocenie był historyk II wojny światowej J.F.C. Fuller, który był zdania, że żadna inna kampania w całej historii wojen nie była tak "pozbawiona sensu strategicznego i wyobraźni taktycznej". Fuller wini za to Churchilla, autora ataku na "miękkie podbrzusze Europy", który w założeniu chciał Europie oszczędzić wyzwalania przez Rosjan i może nawet dotrzeć do Polski, sojusznika, który go nie opuścił od pierwszego dnia wojny. Ale nawet takiej koncepcji nie realizowano konsekwentnie. Już po zdobyciu Rzymu (4 czerwca) kampania utknęła. Operacja Anvil (lądowanie sojuszników w Prowansji w połowie sierpnia 1944 r.) zabrała najwartościowsze dywizje z 5 Armii i położyła kres nadziejom Churchilla, by po wyjściu z włoskiego buta skręcić szybko na zachód i przez Lubljanę dojść do Wiednia przed Rosjanami. Nie mówiąc już o Warszawie. Zresztą wszystko to było za późno. 18 maja por. Gurbiel wszedł do ruin klasztoru Monte Cassino, 1 sierpnia w Warszawie wybuchło postanie, a dywizje 5 Armii tkwiły jeszcze na Linii Gotów, niemieckich umocnieniach górskich na północ od Florencji, i nie przełamały ich aż do kwietnia następnego roku, kiedy Rosjanie byli już pod Berlinem.
Marek Ostrowski