HOLOKAUST LUDNOŚCI POLSKIEJ NA WOŁYNIU

Tajna dyrektywa UPA - "Piwnicz" z czerwca 1943
   "Powinniśmy przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Przy odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat. [...] Tej walki nie możemy przegrać i za każdą cenę trzeba osłabić polskie siły. Leśne wsie oraz wioski położone obok leśnych masywów powinny zniknąć z powierzchni ziemi."
   Po Polakach na Kresach miał nie pozostać żaden ślad. Rozkaz OUN z 9 lutego 1944 roku
   7. Likwidować ślady polskości
   a) Zniszczyć wszystkie ściany kościołów i innych polskich budynków kultowych,
   b) Zniszczyć drzewa przy zabudowaniach tak, aby nie pozostały nawet ślady, że tam kiedykolwiek ktoś żył, ale nie niszczyć drzew owocowych przy drogach,
   c) do 21 XI 1944 roku zniszczyć wszystkie polskie chaty, w których poprzednio mieszkali Polacy.
   Zwraca się uwagę raz jeszcze na to, że jeżeli cokolwiek polskiego pozostanie, to Polacy będą mieli pretensje do naszych ziem.
   Postój, 9.02. [19] 44 r. Mandriwny 5.
   źródło: W. Filar, Przebieg i przyczyny konfliktu ukraińsko-polskiego na Kresach Południowo-Wschodnich II RP,2002, t. 8, z. 2, s. 342.


   Wiersz o tch zbrodniach znaleziony w necie (nie znam autora)
   Młodzi zapomnieli. Niech kto chce słucha;

   Nie było zbrodni większych od OUN - UPA.
   Filozofię okrucieństw brano z prac Doncowa.
   Owe szatańskie nauki przyjęto bez słowa.
   Nienawiścią, podstępem goszczono Polaków,
   A nawet swoich, rozumnych rodaków.
   Rozbierano do naga, wiązano kolczastym drutem
   I bito do skonania żelazem kutym.
   Jeszcze żyjącym gwóźdź wbijano w głowę,
   Odcięto piłą ręce, krocze i nogę.
   Bratu kazano zabić brata, mężowi dzieci, żonę;
   Takie były metody tortur, przez UPA wprowadzone.
   Ukraince, co konającemu dała kubek wody
   Nie dane było cieszyć się z swej pięknej urody.
   Dwudziestu ją gwałciło, twarz pocięto żyletką;
   Dziecko. Modliło się do Boga o śmierć - i to prędką.
   Palono ludzi żywcem, wydłubywano im oczy
   I patrzono czy ślepy drzwi znajdzie, z płomieni wyskoczy;
   Takiego zwyrodnialcy jakby w drodze łaski
   Witali gromkim: hura ! były i oklaski.
   Potem popalone ciało posypywali solą
   Szydząc, że pono Polaków rany nie bolą.
   I oto ta grupa super - zbrodniarzy
   Wraca na Ukrainę i o władzy marzy.
   Swe zbrodnie ubiera w szaty narodowe
   Zarażając kłamstwem społeczeństwo zdrowe:
   Wspaniałych ludzi Wielkiej Ukrainy,
   Których my Polacy po prostu - lubimy.

  Leżące w powiecie lubomelskim na Wołyniu Jankowce przestały istnieć 30 sierpnia 1943 roku. Licząca blisko 150 numerów i zamieszkana przez ponad 600 osób tętniąca życiem wieś to dziś zarośnięte chaszczami ustronie. Nie sposób dostać się tu suchą nogą, gdyż nieregulowana rzeczka w czasie opadów zmienia koryto i płynie nieuczęszczaną od blisko 70 lat, zarosłą krzakami drogą.
  (...)Niewiele z 51 osób - w większości kobiet i dzieci - zamordowanych w bestialski sposób przez zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii zostało pochowanych na pobliskim cmentarzu w Rymaczach. Ci, którzy doszczętnie nie spłonęli, leżą pogrzebani gdzieś w prowizorycznych mogiłach rozrzuconych na terenie wymarłej wsi.
  (...)  Zbrodnie śniące się po nocach
  Zbrodniczy atak na Jankowce rozpoczął się przed świtem w poniedziałek, 30 sierpnia 1943 roku. Z lasu od strony północnej wkroczyło do wsi około 200 Ukraińców po części uzbrojonych w broń palną, a po części w narzędzia gospodarskie, jak siekiery i widły. Napastnicy zaczęli systematycznie plądrować i palić gospodarstwa, zabijając każdego napotkanego mieszkańca. Zbudzeni ze snu ludzie rzucili się do panicznej ucieczki w kierunku linii kolejowej ochranianej przez Niemców oraz do pobliskich większych skupisk Polaków w Rymaczach oraz Jagodzinie. Ci, którzy mieszkali w dalszej części wsi, próbowali zaprzęgać jeszcze konie do wozów i uwalniać zwierzęta z obór i kurników, inni uciekali tak, jak stali. Zaskoczeni mieszkańcy północnej części wsi nie mieli szans na ucieczkę.
  - Tam właśnie mieszkała moja ciocia Karolina Solipiwko z mężem i piątką dzieci - mówi poruszony Zdzisław Koguciuk. Opowiada, jak czwórka dzieci schroniła się do piwnicy na kartofle. Najstarszy syn przykrył rodzeństwo swoim ciałem, i patrząc przez okienko, był świadkiem zabójstwa rodziców i 8-miesięcznego brata, którzy dostali się w ręce Ukraińców. - Jak zginęli, nie wiadomo, bo ich ciała nie zostały odnalezione, prawdopodobnie uległy spaleniu. Musiała to być potworna zbrodnia, gdyż młody człowiek, który to widział, dostał potem pomieszania zmysłów i spędził resztę życia w szpitalu psychiatrycznym - opowiada rodzinną historię pan Koguciuk. - Tragiczny był też los pozostałych osieroconych dzieci. Już po wojnie jeden z braci nie przeżył zapalenia płuc, drugi utopił się w Bugu, a siostra zmarła w wyniku zaczadzenia.
  Ponieważ w czasie napadu wieś nie została okrążona przez upowców, większość mieszkańców zdołała się jednak uratować. Czas na ucieczkę dała im również obrona zorganizowana w centrum wsi przez dyrektora szkoły i kilku mężczyzn. Seria z automatu na pewien czas ostudziła u bandytów chęć ataku.
  Tymczasem w zajętej przez Ukraińców części wsi działy się prawdziwie dantejskie sceny. Wspomina je Katarzyna Dyczko z domu Grabowska, uciekająca z 3-letnim bratankiem na ręku.
  "Wybiegając ze stodoły, widzieliśmy już palącą się wieś i słyszeliśmy straszny, przerażający krzyk 'ratunku'" - relacjonowała. "W czasie ucieczki koło nas świstały kule, lecz my ze strachu nie odwracaliśmy głów, dopiero zatrzymaliśmy się na stacji w Jagodzinie".
  Jak się okazało, krzyczała sąsiadka Katarzyny Dyczko - Teresa Petruk, którą Ukraińcy zamordowali w okrutny sposób, odrąbawszy jej wcześniej siekierą ręce. Niektóre relacje znajdujące się w zbiorach Zdzisława Koguciuka posiadają dziś unikatową wartość, gdyż złożyli je ludzie, którzy już nie żyją. Dotyczy to m.in. wstrząsających wspomnień pani Heleny Stachniuk z Chełma. Jej ojca Ukraińcy zatłukli na śmierć drewnianym kołkiem. Jako mała dziewczynka była świadkiem zastrzelenia mamy i czteroletniego brata Franka. Tego dnia straciła też babcię i siostrę.
  "Zostałam sama, przytuliłam się do mamy, zaparłam dech, żeby oprawcy pomyśleli, że nie żyję" - pisze w relacji pani Helena. "Kiedy podpalili zabudowania, pobiegli dalej... płomienie rozprzestrzeniały się coraz dalej, aż dosięgły mamę i mnie... zaczęłam sama na sobie gasić ogień. Udało się, ale zostałam naga, bo to, co miałam na sobie, uległo spaleniu. Podeszłam do tłumoczka, wyciągnęłam jakąś rzecz ubraniową, przytuliłam do siebie z przodu i poszłam do drogi. Przy drodze widziałam babcię z rozrąbaną głową oraz najstarszą siostrę Marysię z rozerwaną od kuli nogą, a przy niej kałużę krwi. Usłyszałam przejeżdżający samochód, pomyślałam sobie: teraz już jadą po mnie. Położyłam się obok siostry na trawę i udawałam zabitą...".
  Na szczęście dla dziecka nie byli to Ukraińcy, tylko obserwujący rozwój sytuacji Niemcy. Poparzona dziewczynka przeżyła, ale do końca życia nie mogła się pozbyć traumatycznych wspomnień.
  Tragicznego poniedziałku do dziś nie może zapomnieć Stanisława Grzywna, która w czasie napadu miała 14 lat. Zanim uciekła, słyszała rozdzierające krzyki dochodzące z oddalonego o blisko 150 metrów gospodarstwa przynależącego już do sąsiedniej wsi o nazwie Zamostecze, do której wtargnęli banderowcy. Mieszkała tam rodzina z dziesięciorgiem małych dzieci. - Te przeraźliwe krzyki to nie mogło być nic innego, jak mordowanie tych dzieci - uważa pani Stanisława, do dziś nie mogąc usunąć z pamięci koszmaru. - Gdy tylko słyszę słowo Ukraińcy, zaraz odzywa się to wspomnienie - dodaje.
  Jak wynika z relacji ocalałych mieszkańców, napastnicy raczej nie pochodzili z najbliższej okolicy. Prawdziwie krwiożerczy szał ogarnął jednego z Ukraińców mieszkających w samych Jankowcach - Iwana Szpaka. Po opanowaniu wsi przez oddział OUN-UPA wtargnął z siekierą do obejścia swoich sąsiadów Grabowskich, z którymi utrzymywał wcześniej bardzo dobre stosunki. Zamordował dwoje z nich, a trzeciej - Michalinie Grabowskiej - odrąbał rękę. Kobieta przeżyła...
  Opuszczoną w popłochu wieś upowcy niemal doszczętnie spalili. Dla mieszkańców Jankowiec rozpoczęła się tułaczka po rodzinach, znajomych i obcych. Niektórzy przeprawili się na drugą stronę Bugu, by tam próbować przeżyć trudny czas. Inni ukradkiem wracali na ojcowiznę, by wykonać jakieś prace polowe. Takie przedsięwzięcie przypłacili życiem stryjeczni bracia: Stefan i Stanisław Szewczukowie. W początkach września posiali zboże na swoim polu w Jankowcach. Dostali się w ręce Ukraińców, gdy wracali po pracy do Jagodzina, gdzie nocowali z rodziną. "Stanisława zabili na miejscu, a Stefan zaczął uciekać, lecz złapali go, pokłuli bagnetami i obcięli język" - wspomina w swojej relacji krewna zamordowanych Anna Ryszkiewicz. "Zostali odnalezieni i pochowani na cmentarzu w Rymaczach" - dodaje.
  Leżące w powiecie lubomelskim na Wołyniu Jankowce przestały istnieć 30 sierpnia 1943 roku. Licząca blisko 150 numerów i zamieszkana przez ponad 600 osób tętniąca życiem wieś to dziś zarośnięte chaszczami ustronie. Nie sposób dostać się tu suchą nogą, gdyż nieregulowana rzeczka w czasie opadów zmienia koryto i płynie nieuczęszczaną od blisko 70 lat, zarosłą krzakami drogą.
  Od niedawna grupa byłych mieszkańców Jankowiec i ich rodzin nawiedza to miejsce, by przy drewnianym krzyżu i prowizorycznym ołtarzu pomodlić się za dusze bliskich. Niewiele z 51 osób - w większości kobiet i dzieci - zamordowanych w bestialski sposób przez zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii zostało pochowanych na pobliskim cmentarzu w Rymaczach. Ci, którzy doszczętnie nie spłonęli, leżą pogrzebani gdzieś w prowizorycznych mogiłach rozrzuconych na terenie wymarłej wsi.
  Korzenie zostawione na Kresach
  - Jankowce to była dobrze zorganizowana, zasobna polska wieś żyjąca w pełnej zgodzie z ukraińskimi sąsiadami - opowiada Zdzisław Koguciuk, mieszkaniec Lublina. Co prawda urodził się po wojnie i po lewej stronie Bugu, ale swoje korzenie od kilku pokoleń wywodzi właśnie z Jankowic. - Większość mieszkańców wsi była moimi bliższymi czy dalszymi krewnymi - wskazuje.
  Zdzisław Koguciuk pieczołowicie kultywuje pamięć rodzinnych Jankowiec. Zna też doskonale swój rodowód. - Mój pradziadek Wojciech Koguciuk i prababcia Franciszka z domu Petruk mieszkali w centrum wsi nieopodal kaplicy, a ich dom stał obok szpaleru siedmiu lip. Pradziadek był bardzo zaradny, nie miał dużo ziemi, ale posiadał staw z rybami i dużą pasiekę. Jednym z jego trzech synów był mój dziadek Kazimierz, który wziął sobie za żonę Julię Hajdamaczuk z Woli Ostrowieckiej. Kupili kawałek ziemi w Olendrach świerżowskich nad samym Bugiem i tam się osiedlili. Mieli siedmioro dzieci, z których dorosłego wieku dożyło czworo - Aleksander, Franciszek - mój dziadek, Zofia i Karolina. Ta ostatnia wyszła za Józefa Solipiwko i zamieszkała w Jankowcach. Wraz z mężem i ośmiomiesięcznym dzieckiem zostali tam zamordowani przez bandytów z OUN-UPA - opowiada Koguciuk, który stoi na czele założonego przez siebie Komitetu upamiętniającego męczeństwo mieszkańców wsi Jankowce.
  Rodzinne strony Zdzisławowi Koguciukowi na co dzień przypominają dwa duże obrazy wiszące na zaszczytnym miejscu w jego mieszkaniu. Jeden przedstawia fragment wsi z kaplicą i zarysem domostwa jego pradziadków, drugi - św. Stanisława Kostkę z ołtarza kaplicy splądrowanej i spalonej w czasie napadu banderowców na wieś. Obydwa przedstawiają to, co zapamiętali mieszkańcy ocaleni z rzezi. Koguciuk posiada też nadszarpniętą zębem czasu mapę całej miejscowości wykonaną w miejscowej szkole w 1926 r. oraz sporządzoną dzięki doskonałej pamięci pani Stanisławy Grzywny, córki jankowickiego sołtysa, obecnie mieszkanki Chełma, listę ponad 600 mieszkańców wsi z uwzględnieniem tych, których zabili bandyci z UPA. Od lat zbiera również relacje ludzi, którzy przeżyli masakrę, a także niestrudzenie zabiega u władz ukraińskich o zgodę, a w instytucjach polskich o pomoc w upamiętnieniu niewinnie pomordowanych krajan.
  Jak wynika z relacji ocalałych mieszkańców, napastnicy raczej nie pochodzili z najbliższej okolicy. Prawdziwie krwiożerczy szał ogarnął jednego z Ukraińców mieszkających w samych Jankowcach - Iwana Szpaka. Po opanowaniu wsi przez oddział OUN-UPA wtargnął z siekierą do obejścia swoich sąsiadów Grabowskich, z którymi utrzymywał wcześniej bardzo dobre stosunki. Zamordował dwoje z nich, a trzeciej - Michalinie Grabowskiej - odrąbał rękę. Kobieta przeżyła...
  Opuszczoną w popłochu wieś upowcy niemal doszczętnie spalili. Dla mieszkańców Jankowiec rozpoczęła się tułaczka po rodzinach, znajomych i obcych. Niektórzy przeprawili się na drugą stronę Bugu, by tam próbować przeżyć trudny czas. Inni ukradkiem wracali na ojcowiznę, by wykonać jakieś prace polowe. Takie przedsięwzięcie przypłacili życiem stryjeczni bracia: Stefan i Stanisław Szewczukowie. W początkach września posiali zboże na swoim polu w Jankowcach. Dostali się w ręce Ukraińców, gdy wracali po pracy do Jagodzina, gdzie nocowali z rodziną. "Stanisława zabili na miejscu, a Stefan zaczął uciekać, lecz złapali go, pokłuli bagnetami i obcięli język" - wspomina w swojej relacji krewna zamordowanych Anna Ryszkiewicz. "Zostali odnalezieni i pochowani na cmentarzu w Rymaczach" - dodaje.
  Masowe zbrodnie praktykowali na Żydach
  Tragiczny los mieszkańców Jankowiec trudno uznać za wyjątkowy w czasie wojny i okupacji, skoro w świetle badań historycznych potwierdzonych relacjami bezpośrednich świadków podobne zbrodnie OUN-UPA popełniła w ponad 1500 kresowych wsiach. Dla Polaków zamieszkujących powiat lubomelski prawdziwie sądnym dniem okazał się właśnie 30 sierpnia 1943 roku.
  - Tego dnia w powiecie lubomelskim zostały zaatakowane praktycznie wszystkie miejscowości, w których nie stacjonowały oddziały niemieckie, a mieszkali Polacy - twierdzi dr Leon Popek, historyk specjalizujący się w dziejach i martyrologii polskich Kresów, a jednocześnie potomek mieszkańców startej z powierzchni ziemi wsi Wola Ostrowiecka. - Tak stało się m.in. z Jankowcami, Zamosteczem, Kątami, Czmykowem, Ostrówkami, Wolą Ostrowiecką... - wymienia.
  Historyk wskazuje, że tego jednego dnia ukraińscy nacjonaliści zamordowali tylko w powiecie lubomelskim ok. 2,5 tys. osób, głównie Polaków. Zbrodnie te były zaledwie niewielkim wycinkiem wielkiego ludobójczego planu realizowanego przez Ukraińską Armię Powstańczą na Kresach.
  - W oparciu o znane dokumenty z archiwów polskich, niemieckich, rosyjskich i ukraińskich wiemy, że OUN-UPA (frakcja banderowska) wymordowała w latach 1943-1945, a także później, od 120 do 150 tys. ludzi, głównie Polaków i to nie tylko na Wołyniu, ale również w województwach: tarnopolskim, lwowskim, stanisławowskim i części poleskiego, a także w licznych powiatach po zachodniej stronie Bugu oraz w województwach przemyskim i rzeszowskim - zaznacza dr Popek. - Za sprawą OUN-UPA (Bandery) w dzisiejszych granicach Polski straciło życie co najmniej kilkanaście tysięcy osób. Organizacja ta jest również odpowiedzialna za wymordowanie tysięcy Żydów, Rosjan, Niemców, Czechów, Ormian, nawet Węgrów, nie mówiąc już o dziesiątkach tysięcy Ukraińców.
  Historyk wskazuje na nie do końca znany, a ujawniony m.in. w pracy Szmula Spektora pt. "Holokaust wołyńskich Żydów" - udział nacjonalistów ukraińskich w wymordowaniu ludności żydowskiej na Kresach. Otóż, kadrę OUN-UPA (Bandery) stanowili głównie byli policjanci ukraińscy w służbie hitlerowskiej, za pomocą których Niemcy wymordowali w 1942 r. kresowych Żydów.
  - Na samym Wołyniu zginęło z ich rąk ok. 200 tys. Żydów i to właśnie tak zaprawieni mordercy w marcu 1943 r. porzucili służbę niemiecką, poszli do lasu i po utworzeniu UPA kontynuowali zbrodniczy proceder, tym razem wobec innych narodowości zamieszkujących Kresy - zauważa dr Popek. - Wiedzieli, jak zorganizować mordy na masową skalę, a ponadto byli przekonani o swojej bezkarności - podkreśla historyk.
  Ból kresowych serc
  Pytany, dlaczego nad upiornymi zbrodniami popełnionymi na masową skalę na Kresach unosi się mroczna postać Stepana Bandery, dr Leon Popek wskazuje, że to właśnie Bandera był głównym inicjatorem krwawego terroru rozpętanego w Polsce przez ukraińskich nacjonalistów jeszcze w okresie międzywojennym i skierowanego głównie przeciwko dążącym do pojednania działaczom społecznym i politykom zarówno polskim, jak i ukraińskim. - Wprowadził w życie faszystowską doktrynę Dmytra Doncowa, i krwawo likwidując w OUN bardziej ugodowe frakcję Andrija Melnyka i Tarasa Bulby, stworzył i realizował program fizycznej likwidacji Polaków na Kresach - przypomina dr Popek.
  O bezpośredniej odpowiedzialności Stepana Bandery za ludobójstwo na Kresach przekonany jest Szczepan Siekierka, znany działacz kresowy, prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów. Na własne oczy widział ogrom okrucieństw, których dopuszczali się bandyci zwani "banderowcami".
  - Nieprawdą jest, że Bandera w czasie wojny był przez Niemców izolowany od świata, a zatem nie mógł decydować o tym, co robiła OUN-UPA - twierdzi Szczepan Siekierka. - Nie mógł swobodnie się poruszać, ale za to dowódcy UPA przyjeżdżali do niego, on wydawał im rozkazy i doskonale wiedział o szalejących mordach. Przecież to był główny cel OUN-UPA - dodaje.
  Poruszony nadaniem przez ustępującego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę tytułu Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze, prezes Siekierka zwraca uwagę na dojrzałość Ukraińców, którzy za pomocą kartki wyborczej odrzucili propagowaną przez Juszczenkę ideologię nacjonalizmu ukraińskiego w wersji Bandery.
  - Gdy urzędujący prezydent dostaje wyborach poparcie rzędu 6 proc., jest to klęska, wręcz kompromitacja, nie tylko samego Juszczenki, ale całej banderowskiej ideologii - uważa Szczepan Siekierka. - W związku z tym, wystosowałem otwarty list gratulacyjny do narodu ukraińskiego za dojrzałość polityczną, która wyraziła się w odrzuceniu skompromitowanego Juszczenki. Życzę im, aby wybrali takiego prezydenta, który będzie budował państwo oparte na wzorcach demokratycznych, a nie na banderowskim faszyzmie - dodaje.
  Na polityczne zmiany na Ukrainie liczy też Zdzisław Koguciuk, który mimo wieloletnich starań o upamiętnienie Polaków zamordowanych w Jankowcach dotychczas nie otrzymał zgody na postawienie pomnika w miejscu rzezi. Koguciuk za brak reakcji na prowokacyjne wobec Polaków uhonorowanie przez Juszczenkę tytułem Bohatera Ukrainy Stepana Bandery krytykuje nie tylko polskie władze państwowe, ale także Katolicki Uniwersytet Lubelski.
  - Tym bardziej bolą serca wszystkich Wołyniaków, że Wiktor Juszczenko zaledwie pół roku temu otrzymał tytuł doktora honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którego zawołaniem jest przecież "Deo et Patriae". Gdzie tu widać obronę polskiej racji stanu? - pyta retorycznie Koguciuk. - Dlaczego wobec takiego antypolskiego gestu Juszczenki senat KUL, rektor czy wielki kanclerz tej zasłużonej dla polskości uczelni nie zdobędą się na słowa dezaprobaty wobec poczynań swojego honorowego doktora?
  Adam Kruczek
 www.naszdziennik.pl

INNE RELACJE O ZBRODNIACH NA LUDNOśCI POLSKIEJ
lipiec 1943 we wsi Kohylno pow. Włodzimierz Wołyński Ukraińcy zamordowali 4-osobową rodzinę polską kowala Władysława Janczewskiego: - kowalowi odcięli ręce i nogi
  - 12-letniemu synowi ścięli głowę kosą, przy czym 2 Ukraińców zakładało się, czy można to zrobić jednym ruchem
  - 4-letniego syna przybili gwoździami do ściany mieszkania i tak pozostawili, aż skonał
  - żonie, będącej w ostatnim miesiącu ciąży rozpruli brzuch i po wyciągnięciu dziecka rzucili na gnojowisko wołając po ukraińsku: Popatrzcie jak lata polski orzeł; żona żyła jeszcze 4 lata, gdyż po odejściu `powstańców ukraińskich' sąsiad owinął ją w matę i zawiózł do szpitala.
  Dzień kobiet, 8 marca 1944, we wsi Jamy pow. Lubartów oddziały ukraińskie na służbie niemieckiej zatrzymały się na kwaterach we wsi, po posiłku z alkoholem wypędzili mężczyzn i napastowali kobiety i dziewczęta; na drugi dzień zaczęły palić i mordować Polaków: Małe dzieci chwytali za nogi i żywcem wrzucali w płomienie. Kobiety i dziewczęta były najpierw gwałcone, zabijane, a ich zwłoki wrzucane do ognia; Ukraińcy zamordowali około 200 Polaków, imiennie znane jest 177 ofiar.
 
"27 kwietnia 1943 Ukraińcy porżnęli i udusili Władysława Hulkiewcza lat 35 oraz jego żonę Janinę z Rosińskich lat 23. ZAKOPALI ŻYWCEM ich córkę Halinę lat 6, ZAKŁULI BAGNETAMI 3 letniego synka Emeryka i ZAKOPALI ŻYWCEM 6-miesiecznego synka Mieczysława" ( Pochowani na cmentarzu katolickim w Kołkach )
  W grudniu 1942 roku OUN podjęła uchwałę, w której czytamy: "Nie może być mowy o wypędzeniu Polaków wypędzenie niczego nie załatwia, jedynie wzmocni mazurskie siły zewnętrzne.? Chodzi o fizyczną eksterminację, czyli totalne unicestwienie ich na miejscu... bez oglądania się na cokolwiek i bez różnicy płci i wieku. Majątek cały palić, cenności (zrabować) przeznaczyć na fundusz wyzwolenia Ukrainy".

  Cudem ocalona
  W 1943 r. (miałam wówczas dziesięć lat) nasza wieś Aleksandrówka na Wołyniu boleśnie doświadczyła kilku napadów rezunów ukraińskich wywodzących się z naszych i sąsiednich wiosek. Najtragiczniejszy z nich miał miejsce 15 lipca około godziny 9 wieczorem. Bandyci - uzbrojeni w widły, siekiery, maczugi, noże oraz broń palną okrążyli naszą wioskę i zaczęli spędzać ludzi w jedno miejsce. A gdy ktoś próbował uciekać, wówczas strzelali za nim. Schwytane dzieci brali za nogi i głową uderzali o węgieł domu czy innego budynku. Pamiętam dokładnie, jak moi rodzice podeszli do nas, do czwórki dzieci, mówiąc, że banda jest bardzo blisko i musimy uciekać z wioski. Zrozpaczeni, w pośpiechu pożegnali się z nami. Ojciec do przygotowanych przez mamę węzełków włożył nam na drogę / zamiast pieniędzy, którym w domu ograbionym przez wojnę nie było/ po butelce bimbru mówiąc, że gdy będziemy głodne, to ktoś da nam za niego kromkę chleba, lub talerz gorącej strawy. Rozbiegliśmy się w różne strony. Gdy dobiegłam do pszenicznego zagonu, padł strzał i poczułam straszny ból w nodze. Karabinowa kula przeszła przez stopę. Porażona postrzałem upadłam i zaczęłam się czołgać przez zboże do najbliższej wysokiej miedzy, pod którą wygrzebałam jamę i w niej przeleżałam do świtu.
  Do poranka słychać było odgłosy strzelaniny i przerażające krzyki męczonych i mordowanych ludzi. Noga coraz gorzej bolała. Byłam bliska omdlenia. Wtedy przypomniałam sobie o wódce w węzełku. Z koszuli, nasączonej alkoholem, zrobiłam sobie opatrunek. Ziemię, która leżała obok wygrzebanej jamy rozsypałam garściami po zbożu, aby nikt nie mógł domyśleć się, że pod miedzą ktoś jest. Mijały dzień po dniu, wyczerpał się skromny zapas żywności i głód oraz pragnienie zaczęły mi coraz bardziej dokuczać. Za napój służył mi bimber, a jedzeniem były ziarna wyłuskane z kłosów zbóż. Po tygodniu, w niedziele czy poniedziałek - nie pamiętam dokładnie - usłyszałam we wsi jakieś odgłosy. Po chwili rozpoznałam głos Ukrainki - Ulany Sidor, naszej sąsiadki, z którą rodzice moi dobrze żyli, a ja nawet nazywałam "ciocią". Głodna i obolała odważyłam się pójść do niej, ale nie mogłam stanąć na zranioną nogę, która mocno spuchła i bardzo mnie bolała. Z trudem doczołgałam się na pobliskie podwórze, na którym była owa "ciocia" i ze łzami w oczach zaczęłam ja prosić o kawałek chleba. Ona groźnie popatrzyła na mnie i z nienawiścią w oczach na cały głos wyrzuciła z siebie: Ty, polska mordo, jeszcze żyjesz!? Następnie chwyciła za stojącą przy ścianie motykę. Ze strachu nie czułam bólu okaleczonej nogi, tylko poderwałam się i zaczęłam uciekać. Mściwa Ukrainka, goniąc za mną, zgubiła mój ślad. Chyba myślała, że uciekłam na drogę, a ja, klucząc między zabudowaniami, powróciłam do swojej kryjówki w zbożu pod miedzą. Noga bardzo opuchła i tak bolała, że nie mogłam się ruszyć. Pod opuchlizną w ogóle nie było widać stopy.
  Żywiłam się tylko ziarnami zboża i - stale się modląc tak, jak nauczyła mnie mama - coraz częściej myślałam o śmierci.
  Najprawdopodobniej po jedenastu dniach Ukraińcy postanowili zrobić porządek po tym napadzie, gdyż dookoła unosił się niesamowity fetor rozkładających się ciał. Szli więc od podwórza do podwórza, dróżkami i po zbożach, a gdy znaleźli jakiegoś nieboszczyka, to go zakopywali na miejscu.
  Prześladowcy byli coraz bliżej mnie, a ja przerażona nie wiedziałam co mam robić i w tym momencie usłyszałam nad sobą głos jednego z Ukraińców, z którym moi rodzice też zawsze żyli w sąsiedzkiej zgodzie. Nazywał się on Harasym Łukajczuk. Szedł wolno i dyskretnie mówił do mnie: Nie ruszaj się stąd, może cię nie zauważą. Wieczorem przyjdę po ciebie. Twój brat jest już u mnie. Poszedł dalej, a ja miałam szczęście, bo nikt więcej nie zbliżał się do mojej kryjówki. Wieczorem Łukajczuk, tak jak obiecał, przyszedł do mnie. Wsadził mnie w worek, zarzucił na plecy i zaniósł do swojego domu. W izbie obejrzał postrzeloną nogę. Była bardzo opuchnięta i cała czerwona. Po namyśle orzekł, że nie można zwlekać, tylko trzeba jechać do szpitala, do Kowla. Ukrainiec Łukajczuk obwiązał mi twarz chustką i włożył mnie do tzw. maniaka, z którego karmi się konie w czasie postoju. Następnie przysypał mnie obrokiem i położył na wóz. Natomiast mego ukrywanego brata Stanisława, który był ranny w brodę w czasie ucieczki przed rezunami, posadził obok siebie i ruszyliśmy w drogę. Gdy dojechaliśmy do Lasu świniarzyńskiego, wyskoczyli z zarośli bandyci i zaczęli wypytywać woźnicę, gdzie i po co jedzie. Nasz wybawca, Harasym Łukajczuk wytłumaczył im, że wiezie bardzo chorego syna do lekarza i wskazał na mojego brata. Rezuni dali mu wiarę i pozwolili nam odjechać.
  Tak dotarliśmy szczęśliwie do Kowla, gdzie przyjęto nas do zatłoczonego szpitala, a mnie zrobiono operację. Brat wyzdrowiał wcześniej i wypisano go z leczenia, ja zostałam dłużej. Po około 20 dniach przyszła do mnie w odwiedziny mama. o której od dawna nic nie wiedziałam. Niestety, mama nie mogła być przy mnie dłużej, bo zostawiła ojca i rodzeństwo ukrytych w lesie, w pobliżu naszego domu.
  Pewnego dnia lekarz oznajmił, że z nogi nic nie będzie, bo się nie goi i trzeba będzie ją uciąć. Strasznie się rozpłakałam, ale cóż mogłam zrobić. Tego samego dnia przyszedł do szpitala mój wybawca - Łukajczuk - . Wiadomość, którą mi przekazał, całkiem mnie dobiła. Moi rodzice oraz brat i siostra zostali w sposób bestialski zamordowani. Rodzice świadomi faktu, że ze wszystkimi Ukraińcami zawsze żyli w wyjątkowej zgodzie i z nikim nie mieli żadnych zatargów, opuścili las i wrócili do wioski. Jeszcze tego samego dnia miejscowi rezuni otoczyli nasz dom, włamali się do środka i najpierw bagnetami zakłuli moją 11-letnią siostrę Irenę. Później zaczęli znęcać się nad mamą. Ojciec wyrwał się z łap oprawców i stanął w jej obronie. Wówczas jeden z Ukraińców zastrzelił go. Następnie długo pastwili się nad 13-letnim bratem Henrykiem, zanim wyzionął ducha. Wszystkich pochowano na kukurzysku po spalonej stodole.
  Lekarz w Kowlu na szczęście zmienił decyzję i zdecydował odwieźć mnie do szpitala w Łucku. Tu zostałam poddana kolejnej operacji. W łuckim szpitalu przebywałam od sierpnia do grudnia. Gdy wypisano mnie z leczenia, nie wiedziałam co mam robić, bo w mieście nikogo nie znałam. Wyruszyłam więc o lasce do Włodzimierza Wołyńskiego, mając nadzieję, że spotkam tam kogoś znajomego. Niestety, bardzo się zawiodłam. Domem moim stało się więc na cały zimowy miesiąc targowisko, a łóżkiem stragan, na którym w dzień handlowano. Ludzie na rynku karmili mnie z litości. Byłam brudna, zmarznięta i zawsze głodna. W mroźne noce ukradkiem wślizgiwałam się do przydomowych komórek i chlewów. Żyłam w ciągłym strachu, bojąc się napotkanych ludzi, gdyż nie potrafiłam odróżnić, kto jest Polakiem a kto Ukraińcem. Tak też spędziłam Boże Narodzenie i Nowy 1944 Rok.
  Którejś nocy usłyszałam odgłosy jadących wozów konnych i polską mowę. Podeszłam do krawędzi szosy, aby zobaczyć co się dzieje. Na jednej z furmanek rozpoznałam swojego brata Władysława. Po krótkiej rozmowie posadził mnie na wóz i zabrał ze sobą. Okazało się, że brat jest w partyzantce i do jednego z oddziałów 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej, stacjonującego w lasach koło Zasmyk, wiezie prowiant. Jakiś czas byłam z partyzantami, robiąc wszystko co mogłam przy kuchni polowej. Po pewnym czasie brat stwierdził, że dłużej nie mogę żyć w tak trudnych warunkach. Poza tym w dalszym ciągu bolała mnie noga, zaczęła puchnąć i ponownie musiałam chodzić o lasce. Któregoś dnia brat zabrał mnie z lasu i zawiózł do znajomego we Włodzimierzu. Nie wiem jak się nazywali moi nowi opiekunowie, gdyż byłam tam krótko, bowiem rodzina ta postanowiła uciec z miasta pulsującego nienawiścią do Polaków. Mnie ponownie pozostał rynek i żebranie o kawałek chleba. Ze wstydem wyciągałam rękę do obcych ludzi. Jedni się litowali, inni wyganiali precz.
  Trwało to do chwili ucieczki Niemców i rozpoczęcia masowych wysiedleń Polaków za linię Bugu. Wysiedleńcy całymi gromadami szli i jechali furmankami do Polski, a ja wraz z nimi podpierając się laską. Po pewnym czasie jeden z wozów zatrzymał się i woźnica zapytał mnie, dokąd idę? Odpowiedziałam, że tam, gdzie wszyscy. Wziął mnie więc na furmankę i zabrał ze sobą. Po kilku dniach rodzina ta dotarła do Sitańca w Zamojskiem, gdzie osiedliła się na stałe. Ja z konieczności zostałam u nich na długie cztery lata jako parobek. Za jedzenie i byle jakie odzienie pracowałam ponad siły. Nie wysyłano mnie do szkoły. Spałam w kuchni pod stołem na worku wypchanym słomą. Moi gospodarze, mimo, że byli małżeństwem bezdzietnym, nie potraktowali mnie, sierotę, jak swoje dziecko. Szczególnie gospodyni była osobą pozbawioną uczuć macierzyńskich, obojętna na niedolę i łzy dziecka. Czasem myślałam, że nie jest Polką. Jedynie jej mąż, gdy zaharowana, padająca ze zmęczenia płakałam, litował się nade mną i starał się ulżyć mi w pracy.
  Ludzie na wsi bardzo mnie żałowali i współczuli mojej ciężkiej doli. Pewnego razu kierownik szkoły, który najbardziej bolał nad moim losem, przechodząc koło łąki zobaczył, że przy 2-3 stopniowym przymrozku pasę boso krowy, nie wytrzymał i napisał skargę do jakiejś instytucji. W niedługim czasie przyjechała kilkuosobowa komisja i zabrała mnie do Domu Dziecka w Puławach.
  Niedługo minie 50 lat od chwili, gdy jako 10-letnie dziecko straciłam rodziców, rodzeństwo i dom rodzinny.
  Najpiękniejsze lata zazwyczaj beztroskiego dzieciństwa i młodości przeżyłam w nędzy, poniewierce, głodzie, chorobie i ciężkiej pracy. Widziałam rzeczy tragiczne i straszne, wręcz niewyobrażalne. Nieraz byłam bliska śmierci. Prosiłam też Boga, by zabrał mnie do siebie, gdyż jestem sama, chora, bezbronna i głodna, pozbawiona miłości rodziców. Niepojęty w swej dobroci Stwórca jednak nie pozwolił zgasić płomienia mojego życia. To, że przetrwałam grozę tamtych lat pożogi, krwi i zagłady Polaków, zawdzięczam jedynie Wszechmogącemu Bogu.
  W maju 1991 roku, dzięki staraniom i szczególnej pomocy Pani Teresy Radziszewskiej, sekretarz Zarządu Głównego Stowarzyszenia Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu, udało mi się ekshumować szczątki mojej rodziny z Aleksandrówki i przenieść je na cmentarz w Hrubieszowie oraz sprawić katolicki pogrzeb. Marzyłam o tym przez prawie pół wieku i wreszcie spadł mi kamień z serca. Jestem bardzo szczęśliwa, że doczekałam chwili, gdy mogę uklęknąć przy grobie moich Najbliższych i modląc się, odbywać z nimi nigdy nie kończącą się rozmowę.
  Relacja Leokadii Skowrońskiej.
  Relację tę spisał i opracował pan Paweł Wira. BIULETYN Nr 5 ( 1943 nr 4). -------
  Najtragiczniejsze chwile mojego życia.
  Był rok 1943 - czwarty rok czarnej nocy okupacji hitlerowskiej. Być Polakiem w tym okresie, to żyć w ustawicznym strachu i niepewności; dniem i nocą czyhała na nas Polaków śmierć.
  Miałem wtedy 13 lat, mieszkałem na wołyńskiej wsi Wola Ostrowiecka; wszyscy jej mieszkańcy byli Polakami. Była to wieś o zabudowie zwartej; Domy i zabudowania stały jeden obok drugiego, 200 numerów. Większość zabudowań była kryta słomą.
  Mieszkańcy tej wsi żyli zgodnie i przyjaźnie, zarówno między sobą, jak i z mieszkańcami sąsiednich wsi ukraińskich. Pamiętam, że jako pastuch krów przyjaźniłem się z chłopcami i dziewczynami - pastuchami Ukraińcami. Nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, jakie nastąpiły w pamiętnym sierpniu 1943 roku.
  Po wkroczeniu Niemców na polskie Kresy Wschodnie, Ukraińcy podjęli wielostronną z nimi współpracę; wstępowali masowo w szeregi policji i żandarmerii. Niemcy wysługiwali się nimi przy mordowaniu Żydów, jeńców sowieckich, jak tez Polaków. Prowodyrzy i agitatorzy ukraińskich szowinistycznych organizacji nie próżnowali; szerzyli zapożyczoną ideologię faszystowską i najgorsze wzorce postępowanie przejęte od nazistów, wśród prostego chłopstwa ukraińskiego, budząc w najniższe zwierzęce instynkty.
  Do grona tych propagatorów szowinistycznych haseł weszli, hańbiąc swój stan księża prawosławni i grekokatolicy. Oni to z ambon szerzyli nienawiść do Polaków, później święcili narzędzia zbrodni i rozgrzeszali zbrodniarzy. Nastroje ulegały szybko zmianom; my, dzieci przestaliśmy się bawić razem na pastwiskach; dorośli Ukraińcy gromadzili broń. Ukraińscy policjanci i żandarmi będący na służbie okupanta dezerterowali wraz z całym ekwipunkiem, kradziono i rabowano też broń z magazynów, a było jej sporo porzuconej przez kolejne wycofujące się armie.
  Żyliśmy w ciągłym napięciu. W dzień Niemcy rekwirowali żywność i przeprowadzali "łapanki"; młodzież wywozili do Niemiec na roboty. W nocy Ukraińcy podobnie jak Niemcy rekwirowali żywność oraz konie z wozami. Przed jednymi i drugimi kryliśmy się, utworzono też grupę samoobronną, która czuwała i ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Co noc z dala słychać było strzały, a grozę potęgowały łuny pożarów. Pojawiły się też, wypisywane na parkanach groźby i obelgi. Krótkie noce lipcowe i sierpniowe były pełne grozy i niepewności; spaliśmy w ubraniach, czuwając.
  29 sierpnia 1944 r., a była to niedziela, nie pasłem krów, wyręczyła mnie w tym moja mama. Dzień spędziłem w gronie przyjaciół, a było nas razem sześciu trzynastolatków. Kto mógł przewidzieć, że tylko ja przeżyję następny dzień ? Tej nocy 29/30 sierpnia mieszkańcy wioski Wola Ostrowiecka nie poszli spać.
  Doszły nas wieści, że w sąsiadujących z nami wsiach ukraińskich utworzyło się duże zgrupowanie Ukraińców okazujących wrogą postawę w stosunku do Polaków. Dzisiaj po latach, wiem, że tłumy Ukraińców przepojone nienawiścią do Polaków, wznoszące okrzyki w rodzaju: "Hajże na Lachiw, budem ich rizaty" to ukraińska tzw. "powstańcza armia", która uciekając przed Armia Czerwoną parła na zachód, by zapaść w wertepy Bieszczad, urządzić sobie tam legowisko i czekać na trzecią wojnę światową.
  Wszyscy mieszkańcy wioski trwali całą noc w pogotowiu, by bez zwłoki opuścić wioskę, jeśli ta ukraińska horda ją zaatakuje. Wystawiono czujki, które miały uprzedzić nas o ewentualnym zagrożeniu.
  Noc miała się ku końcowi - świtało. I wtedy właśnie, na tle porannej zorzy, wyłonił się zwartym tłum Ukraińców, który zmierzał od ukraińskiej wsi Sokół, do również ukraińskiej wsi Przekórka. Ten manewr Ukraińców wprowadził naszą samoobronę w błąd. Odwołano alarm. Tymczasem Ukraińcy zmienili kierunek i weszli do wsi od strony, z której ich się nie spodziewano. Były to oddziały zwarte uzbrojone w broń maszynową i karabiny pochodzenia niemieckiego i radzieckiego.
  Zachowanie tych ludzi nie zapowiadało nic złego. Można powiedzieć, że okazywali mieszkańcom wioski dużą życzliwość, nawet dzieci częstowali cukierkami. Pamiętam, podszedł do mnie młody Ukrainiec, pogładził po głowie, zapytał jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam, a wszystko to z życzliwym uśmiechem Rozpoczął się prawie normalny dzień życia wsi, tyle, że czuło się jakąś grozę.
  Około godz.8-mej wyznaczeni bojówkarze chodzili po wsi i wzywali mężczyzn od lat osiemnastu do sześćdziesięciu, by udali się na plac przed szkołą; sprawdzali każdy dom i zabudowania, by nikt się nie ukrył. Kiedy wszyscy mężczyźni znaleźli się na boisku szkolnym, zostali otoczeni przez uzbrojonych Ukraińców.
  Między godziną 10-tą a 11-tą do zebranych przemówił watażka tej ukraińskiej hordy, czyli, jak to się dzisiaj mówi dowódca oddziału ukraińskiej "powstańczej armii". Mówił po ukraińsku. Sen wypowiedzi był następujący: Ukraińcy pragną razem z Polakami walczyć przeciw Niemcom. Oni przyszli do naszej wioski, aby dokonać naboru mężczyzn zdolnych do walki. Tych uzbroją i razem wyruszą przeciw Niemcom. Mówił to tak porywająco i przekonywująco, jak to czyni politrucy sowici, że niektórzy słuchacze uwierzyli w ich
  zapewnienia. Następnie powiedział, że będą brać po sześciu mężczyzn na badania lekarskie i sprawnościowe, następnie zdrowych i zdolnych umundurują, uzbroją i utworzą polski oddział, obok oddziałów ukraińskich, w celu włączenia się do walki z Niemcami, których koniec jest bliski.
  Tak też się stało. Co pewien czas uzbrojeni Ukraińcy odprowadzali grupę sześciu mężczyzn w nieznane nam miejsce. Teraz już wiemy, że była to dwuklepiskowa stodoła gospodarza Strażyca; że tam inna grupa Ukraińców wykopała przy stodole dwa rowy o głębokości 2 m i szerokości 2,5 m i długości 8 m. Do tej stodoły wprowadzano przyprowadzonych mężczyzn, tam ich mordowano bez użycia broni palnej, a zwłoki wrzucano do tych rowów.
  Kiedy odprowadzano już wszystkich mężczyzn na boisku szkolnym pozostały kobiety, dzieci i osoby w starszym wieku. Teraz już, bez żadnych skrupułów, brutalnie wtłoczono nas wszystkich do budynku szkolnego, skąd kilkunastosobowe grupy pędzono pod eskortą w nieznane nam wówczas miejsce. Mimo, że dochodziły do nas stamtąd żadne odgłosy mieliśmy już świadomość, że Ukraińcy chcą nas wszystkich wymordować. Wiedzieliśmy, że zostaniemy zamordowani i że to za chwilę nastąpi. Przygotowywaliśmy się na śmierć przez modlitwę, spowiedź składaną na ręce matki, która udzielała nam rozgrzeszenia, przez zbiorowe odmawianie różańca z prośbą do Najświętszej Marii Panny, by nam dała lekką śmierć. Było nas w tej gromadzie czworo: mama, siostra Ania -lat 16, siostra Antosia - lat 20 i ja - lat 13. Kiedy skończyliśmy odmawiać druga bolesną część świętego różańca, mama pobłogosławiła nas i dała nam święte obrazki. Ja dostałem obrazek z Aniołem Stróżem, który przeprowadza przez wąską kładkę położoną nad rwącą rzeką dwoje małych dzieci. Z nim to przeszedłem przez śmierć do życia, bym , bym mógł teraz zdać światu relację z tych zbrodni.
  Była chwila ciszy; czekaliśmy na swoją kolej, zostało nas już tylko około 100 osób: kobiet, dzieci i starców. Do stojących przy drzwiach uzbrojonych morderców podeszła jedna z kobiet - matka trojga dzieci i zwróciła się do nich z prośbą: "Patrzcie, została nas mała garstka, pozwólcie nam żyć. Spójrzcie na te dzieci, one są niewinne, ich oczy błagają o litość, miejcie więc litość dla nich".
  Wtedy jeden oprawców powiedział - oczywiście po chachłacku - ( w przybliżeniu): "Wy Polacy. My was wszystkich wyrżniemy, a wasze domy spalimy. Nic po was nie zostanie". W odpowiedzi na te okrutne słowa ta kobieta rzuciła w twarz oprawcom przekleństwo: " Bądźcie przeklęci po wszystkie czasy. Niechaj krew naszych niewinnych dzieci spadnie na was, na wasze dzieci, wnuki i prawnuki".
  W pewnej chwili dały się słyszeć od strony południowej wsi strzały z broni maszynowej. Pilnujący nas Ukraińcy wpadli w popłoch, wybiegli na zewnątrz, drzwi szkoły zamknęli. Zaświtała nam nadzieja, że mordercy w popłochu uciekną. Niestety przyspieszyło to tylko decyzję dokończenia zbrodniczego dzieła. Mordercy zrezygnowali z mordowania pojedynczo każdej osoby z osobna i postanowili załatwić to zbiorowo. Do izb lekcyjnych, w których byliśmy zgromadzeni, zaczęto wrzucać granaty i strzelać z pistoletów maszynowych. Już pierwsze strzały i wybuchy granatów zabiły część osób- innych poraniły. Znaleźliśmy się jak gdyby w kręgu piekielnych czeluści: jęk rannych, płacz dzieci, rozdzierający krzyk matek, huk strzałów, wreszcie dym. Zbrodniarze spod znaku tryzuba podpalili budynek szkolny. W upalny sierpniowy dzień płonął jak pochodnia; ci jeszcze żywi znaleźli się w pułapce bez wyjścia skazani na śmierć w płomieniach. Nie sposób wyrazić słowami grozy tej sytuacji, język jest tu zbyt ubogi.
  Mnie śmierć jakoś omijała. Leżałem na podłodze rozpłaszczony do granic możliwości. Obok leżała sąsiadka Bohniaczka. Rozległ się kolejny huk. Granat ja rozszarpał. Jej krew i poszarpane ciało chlusnęło na mnie. Byłem w szoku, podczołgałem się do mojej siostry Ani. Potrąciłem ją. Już nie żyła. Kula u wylotu z czaszki wyrwała duży otwór. Otępiałem, straciłem poczucie rzeczywistości. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiąca matkę. Jeszcze żyła. Jeszcze raz przytuliłem się do matki. Była przytomna, ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko cud Boski mógł mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści. Mama nie mogła się poruszać, granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. Nie pamiętam, jak znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze strzępy ludzkich ciał i dużo, bardzo dużo krwi.
  Nie miałem już nikogo z najbliższych, zapragnąłem też umrzeć, zacząłem krztusić się dymem, pomyślałem: nałykam się dymu, uduszę i będzie koniec. Ale, gdzie tam, zakrztusiłem się raz i drugi i nic. A tymczasem zaczął płonąć strop budynku, zrobiło się ogromnie gorąco. Przeraziłem się tego ognia, lada chwila ten płonący strop mógł runąć na mnie. W ostatniej chwili wyskoczyłem przez okno. Rozległ się strzał, upadłem, poczułem silny ból, czoło zaczęło krwawić. Żar bijący od płonącego budynku zmuszał mnie do odczołgiwania się od niego. Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów i rannych. Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną pasja pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem chciałem wstać i krzyczeć. Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci lecz tych męczarni, jakie oni rannym zadawali. Byłem cały umazany krwią cudzą i własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że jeszcze żyję.
  Obok mnie leżała kobieta - Maria Jesionek, matka trojga dzieci, dwóch synów, jeden ośmio, drugi pięcioletni i niemowlę ośmiomiesięczne. Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi tuż przede mną. Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej ośmioletni syn został też zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż martwej matce, szarpał ją i wołał " Mamo wstawaj, chodźmy do domu - płakał". Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił. Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarwszy do jej pleców swoje plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie.
  Był to dla mnie koszmar, który tkwi we mnie po dzień dzisiejszy. Dochodziły mnie też inne głosy z różnych stron wioski. To towarzysząca ukraińskiej "powstańczej armii" tłuszcza wdarła się do opustoszałych domów i zabudowań i rabowała wszystko, co tylko było w obejściu, a kiedy już wszystko zagrabili podpalili domy i zabudowania.
  Leżałem nieruchomo we krwi. Z płonącego budynku buchał okropny żar, czułem, że moje nogi są płonącymi głowniami. Czułem, że muszę odczołgać się dalej od buchającego żaru. Poruszyłem się. Padł strzał i poczułem dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych. Pomyślałem, że to już koniec. Dla zlokalizowania źródła bólu lekko się poruszyłem, okazało się ani krzyż, ani brzuch nie były uszkodzone. A więc żyję! Mój Boże!
  Leżałem, nadal udawałem martwego, czekałem. Zwolna cichły głosy zwycięskich "żołnierzy" UPA. Słońce chyliło się ku zachodowi. Podniosłem głowę. Nikogo nie było w pobliżu. Tylko ja - żywy pośród zmarłych. Dźwignąłem się z trudem stanąłem na oparzonych stopach. Zdjąłem przesiąkniętą krwią koszulę, podarłem ją na onuce i zawinąłem nimi obolałe stopy. Ze zgrozą obejrzałem leżące tam zmasakrowane trupy. Tuż na styku palącego się budynku a ogródka rozpoznałem głowę moje starszej siostry Antoniny, tułów został spalony na węgiel. Niczego już nie czułem, prócz bólu stóp i ogromnego pragnienia. Powlokłem się do pobliskiej studni z żurawiem, chciałem zaczerpnąć wody. O zgrozo. Studnia była pełna trupów.
  Coś mnie przykuwało do tego miejsca zbrodni. Nie mogłem się ruszyć. Stałem tak ogarnięty zgrozą i rozpaczą, nie mogłem tego pojąć i do dziś pojąć nie mogę, jak ci ludzie mogli dokonać tak okrutnej zbrodni ?
  Relacja Henryka Kloca

Wieś Ostrówki i Wola Ostrowiecka na Wołyniu zamieszkiwane były w całości przez Polaków. Tego dnia bohaterska i sławna UPA podjęła walkę z polskim okupantem ( kobietami i dziećmi ). Oto skrócona przeze mnie relacja świadka Aleksandra Praduna.
  (...) Teraz bulbowcy rzucili się wszyscy. Było im widocznie pilno, bo każdy odrywał z grupy parę osób o rozstrzeliwał. Na środku polany. Ludzie lamentując żegnali się ze sobą na wieczność. Matki brały swe dzieci i kładły obok siebie, obejmując je rękami. Tak odchodzili z tego świata na wieczność. Ja, mama, ciotka i bliżsi znajomi byliśmy razem w grupie, wciąż odciągając moment rozstania się z tym światem. Chcieliśmy jeszcze pożyć choć chwilę dłużej. Widziałem okropne sceny. Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie nieraz byli trafiani niecelnie. Zranieni śmiertelnie podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię. Dobijano ich, ale najczęściej w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy, popędzonej na miejsce kaźni po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka, może sześcioletnia i zaczęła mocno krzyczeć: mamo, ale matka już nie żyła. Widząc to bulbacha podniósł karabin i strzelił w nią. Trafił ale nieśmiertelnie. Dziewczynka upadła, ale natychmiast się poderwała i krzycząc zaczęła iść po trupach, padając i wstając. Bulbowiec znowu w nią strzelił. Tym razem aż trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany bulbowiec podbiegł do niej i dobił ja kolbą karabinu. Ludzie na ten widok odwracali się z płaczem.
  I tak grupę po grupie wyciągano i zabijano. Tworzył się duży krąg, gdyż kazano kłaść jeden obok drugiego w nogach pomordowanych. Widać było pośpiech, bo głośniej krzycząc szybko wyciągali ludzi na pobojowisko, nie żałując przy tym razów.
  Matka, ja, ciotka Trusiak byliśmy razem, moja babcia i ciotka Wikta z małym dzieckiem. Mama powiedziała, żebyśmy poszli sami, po co mają nas szarpać i tak nas śmierć nie ominie. Przyglądać się tej zbrodni już dłużej nie było można. Wstaliśmy, pożegnaliśmy się ze sobą i najbliższymi. Z płaczem i okropnym żalem, że trzeba pożegnać się z tym światem, oddaliśmy się w ręce oprawców. Popędzono nas na miejsce kaźni. Poszło nas dziesięcioro na pobojowisko. Bulbowcy, jak dzikie bestie, krzyczeli "lachajte lachy chutko" (szybko kładźcie się Polacy). Mama jeszcze raz przycisnęła mnie do siebie, płakała i mówiła jakby do siebie: tyle dzieci wybijają, cóż one są winne. Nie mogłem płakać, zacisnęła mi się krtań i zrobiłem się zupełnie nieswój, obojętny z tego przestrachu. Kładąc się obok siebie, półgłosem odmawialiśmy pacierz. Mama objęła mnie mocno za szyję, ja zakryłem twarz dłońmi i z okropnym strachem wypowiedziałem na koniec "niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Padły strzały z lewej i z prawej strony. Ja z tej grupy leżałem prawie w samy środku. Strzały zaczęły zbliżać się do mnie. Żal mi się mocno zrobiło, pomyślałem, że mam dopiero 13 lat, sama radość życia, taki piękny świat, a tu za chwilę czeka śmierć i już nigdy nie ujrzysz jasności: czy poczuję ból? Bliziutko padł strzał, bo poczułem podmuch powietrza. To musiało być w ciotkę, słyszałem mocne charczenie. Okropnie przeżywałem ostatnie chwile. Zdawało mi się, że we mnie wszystko ustaje. Następny strzał pada w mamę. Ziemia rozbryzguje się po mojej głowie. Poczułem, że coś ciepłego spływa po moim karku, ku lewemu policzkowi. Słyszę charczenie raptowny skurcz ciała. Poczułem, że mamy ręka przyciska mnie mocniej do siebie, potem ciało zaczęło się rozluźniać, bo ręka mamy zaczęła słabnąć łagodnie i tak pozostała bez ruchu. Nadeszła moja kolej. Oczekiwałem z napięciem, prawie martwy z przerażenia. Usłyszałem koło mnie strzał, szum w uszach i znów piasek posypał się po mojej głowie i rękach. Krótkie charczenie ale to już z prawej strony. Z biciem serca oczekiwałem na następny strzał, strzał we mnie, ale i ten usłyszałem nieco dalej i jeszcze jeden o kilka ciał dalej. Po tej krótkiej scenie mordu zapadła krótka cisza i nagle znów słyszę jak układają się w naszych nogach następne ofiary, płaczące i rozpaczające. Kiedy znów usłyszałem wystrzały z tyłu zacząłem w duchu modlić się i prosić Boga o przeżycie tych potworności.
  Krótko to trwało, bo rozstrzeliwali ze zdwojoną szybkością. Spieszyli się bardzo. Leżałem żywy miedzy trupami, słyszałem lamenty, błagania, pisk zabijanych dzieci, myślałem, że nie wytrzymam, że zerwę się i będę uciekał, ale po chwili znów przychodziła myśl, że jeśli to zrobię, zabiją na miejscu.
  W czasie układania się na pobojowisku nikt nie wybierał sobie miejsca. Kładł się gdzie popadło. Ja też się tak położyłem i leżąc tak wśród trupów poczułem nagle, że wciska mi się wysokość żołądka zmurszały pniaczek. Najgorsze było to, że znajdowały się w nim czerwone mrówki. Pień uciskał tak dokuczliwie, że zaczęło mi brakować powietrza. Mrówki rozlazły się po twarzy. Zamknąłem usta, zacisnąłem powieki, ale po chwili otworzyłem usta i nabrałem powietrza i znów zamknąłem, żeby nie nalazło mrówek. Nie mogłem głęboko oddychać, bo to zdradziłoby mnie. Myślałem, że nie wytrzymam: brak normalnego oddechu, mrówki i okropny strach przed śmiercią. Gehenna. Instynkt nakazywał, żeby najmniejszym poruszeniem nie zdradzić siebie. Leżałem, cierpiałem i słuchałem, co się wokół dzieje. Trwało to około godziny. Naraz ustały krzyki i płacz. Strzały były rzadkie. Od czasu do czasu padał strzał, rozmawiali między sobą głośno: "...o dywyna, o tamtoj szcze żywe, dobej". Ja leżałem w tym pobojowisku i prosiłem Boga, aby mnie nie wykryto. Po chwili nastała cisza, tylko jakiś bulbowiec zawołał: "no chłopa idemo, od dywyte, tut morda polska leżyt". Zaczęło się ożywienie między nimi. Zaczęli odchodzić w krzaki w stronę Sokoła. Słyszałem z tej strony odgłosy.
  na podstawie http://www.genocide.pl/php/1_dzial.php?ID3=216&username=&s=1&li=&sort=

Obóz śmierci w Kołdyczewie (1942-1944)
 (tym razem chodzi o Białorusinów, Niemców i Rosjan z RONA)
  Obóz śmierci w Kołdyczewie położonym o kilka kilometrów od Zaosia, miejsca urodzenia znakomitego syna Ziemi Nowogródzkiej Adama Mickiewicza, a niespełna 20 km od Baranowicz, powstał w marcu 1942 roku na terenie majątku ziemskiego, byłej posiadłości senatora RP Tadeusza Szalewicza.
  Kilkuhektarowy teren ze znajdującymi się zabudowaniami dworskimi ogrodzono, rękami pierwszych męczenników - Żydów z getta baranowickiego, podwójnym płotem z drutu kolczastego, postawiono baraki. W większości były to przeróbki chlewów i stodół wiejskich przeniesionych na to miejsce po deportowanych na Sybir w latach 1940-1941 właścicielach. Ponadto zbudowano od podstaw trzypiętrowy budynek więzienia obozowego (do dziś zachowały się Jego fundamenty), w podziemiach którego była katownia i archiwum obozowe. W rok później, na zewnątrz ogrodzenia, wybudowano dwa piece krematoryjne, które po spaleniu kilkuset zwłok zausterkowano i wyburzono. Ponowną budowę konstrukcyjnie ulepszonych pieców udaremnił przybliżający się od wschodu front.
  Obóz funkcjonował do końca czerwca 1944 roku tj. do wkroczenia na Ziemię Nowogródzką Armii Czerwonej. Początek jego wiąże się ściśle z wprowadzaniem od września 1941 roku kadrowo białoruskiej administracji cywilnej, na obszarze utworzonego przez Niemców Generalnego Komisariatu Białorusi ze stolicą w Mińsku, obejmującego województwa nowogródzkie, poleskie i zachodnie obrzeże mińszczyzny.
  Powracający do zajętego przez Niemców Mińska białoruscy uchodźcy polityczni podający się za prawowitych mandatariuszy aktu proklamacyjnego niezawisłość państwa białoruskiego z dnia 25 marca 1918 roku (około 50 zdeterminowanych działaczy politycznych), którzy w roku 1918 uciekli przed bolszewikami po nieudanej próbie utworzenia samodzielnego państwa białoruskiego, zaktywizowani na nowo przez lidera Partii Białoruskich Nacjonalistów mecenasa Fabiana Akińczyca- oraz młodego lekarza Mikołaja Szczorsa ku złudnej wizji wywalczenia u baku Niemców niezawisłego państwu białoruskiego, poczęli instalować agendy białoruskich akcji utworzonych w tym celu w Niemczech jeszcze przed wybuchem w czerwcu 1941 roku wojny niemiecko-sowieckiej.
  Najwcześniej powołaną formacją była Białoruska Samopomoc (Bielaruskaja Samapomacz) kierowana przez Iwana Jermaczenkę (działacz polityczny. Ur. 13.05.1894 r. we wsi Kapaczouka w pow. borysowskim . W 1920 r. był jednym z organi zatorów Komitetu Białoruskiego w Turcji, od 1921 r. przedstawicielem dyplomatycznym BRL na Bałkanach. W okresie międzywojennym mieszkał w Pradze. W czasie II wojny światowej kierował Białoruską Samopomocą Ludową. Zmarł 25.02.1970 r. w USA.) z jej późniejszą przybudówką paramilitarną zwaną Białoruską Samoobroną (Bielaruskaja Samaachowa) do kierowania którą powołano sztab z ppłk. Józefem Hućką, zajmujący się werbunkiem i szkoleniem oddziałów policyjnych oraz kadry dla mającego wkrótce powstać wojska białoruskiego.
  W miarę utwierdzania się aliansu białorusko-niemieckiego szły dalsze koncesje na rzecz Białorusinów: zgoda na wprowadzenie białoruskiego języka urzędowego, powołanie szkolnictwa białoruskiego, prasy, organizacji politycznych, związków zawodowych. Białoruskiego Towarzystwa Naukowego i na koniec Białoruskiej Centralnej Rady, jako namiastki rządu tymczasowego z prezydentem Radosławem Ostrowskim, działaczem partyjnym białoruskiej "Hramady", byłym przed wojną dyrektorem gimnazjum białoruskiego w Wilnie. Wśród 12 wydziałów (ministerstw) Centralnej Rady znaczące miejsce zajmował wydział wojskowy, szefem którego został mjr Franciszek KuszeI (przed wojną oficer służby stałej WP). Jego sekwencją było powołanie w trybie mobilizacji białoruskiego wojska (Bielaruskaja Krajewaja Abarona) tudzież sztabu pod kierunkiem carskiego oficera Konstantego Jezowitowa. Zadaniem tego wojska oraz wcielonej do batalionów policyjnych formacji Samaachowy było współdziałanie z Niemcami i stacjonującymi na Białorusi kolaboranckimi formacjami wojskowymi w walce przeciwko oddziałom partyzanckim i podziemiu antyhitlerowskiemu. Innymi słowy była to walka o utrzymanie bezpieczeństwa na zapleczu frontu niemiecko-sowieckiego pod kierunkiem sławetnego von dem Bacha (Zalewskiego), późniejszego pogromcy Powstania Warszawskiego.
  Białoruskie uobecnianie się w szeregu dziedzinach życia społecznego i gospodarczego pod okupacją niemiecką, zmierzało zdecydowanie do białorutenizacji kresowych ziem polskich, które traktowano jako białoruskie przejściowo przyłączone do sowieckiej republiki białoruskiej w następstwie wykonania paktu Ribbentrop-Mołotow z sierpnia 1939 r. Na początku białoruskie polityczno-organizacyjne poczynania były pozbawione czynnika scalającego je w jedyną nadającą atrybuty państwowości całość, jaką widziano w narodowych organach administracji ogólnej. A te od pierwszych dni okupacji znalazły się całkowicie w ręku miejscowych Polaków dążących do utrzymania własnego stanu posiadania i tą drogą kontynuowania ciągłości państwowości polskiej na kresach.
  Impulsem do obwołania aparatu zarządzania cywilnego, kadrowo białoruskiego, na obszarze utworzonego Generalnego Komisariatu Białorusi, stał się dekret Hitlera z dnia 17 lipca 1941 r. sankcjonujący zastępowane tymczasowej administracji wojskowej przez instytucje cywilne.
  Odtąd pod hasłem "Białoruś dla Białorusinów" - mającego wprawdzie odleglejszą przeszłość, bowiem już w akcie proklamującym powstanie państwa białoruskiego, uchwalonym na wszechbiałoruskim kongresie dnia 25 marca 1918 roku, zapowiedziane było zerwanie wszelkich związków z Polską na zawsze - przystąpiono najhaniebniej do białorutenizacji całego aparatu zarządzania na ziemiach odebranych Polsce w roku 1939.
  Rozpoczęły się brutalne rugi Polaków ze wszystkich stanowisk i budzące przerażenie masowe mordy ludności polskiej. Wymienię niektóre przykłady:
  - w powiecie słonimskim w ciągu miesiąca wyrzucono z pracy ponad tysiąc osób,
  - jesienią 1941 w masowej egzekucji w Stołpcach rozstrzelano 82 Polaków,
  - w Malewie k/Nieświeża rozstrzelano 182 osoby, wśród których burmistrza nieświeskiego Jerzego Teluka, komendanta nieświeckiego obwodu AK pchor. Józefa Wróblewicza ps. "Mirek", nauczycielkę Zofię Matlawską, dziekana nieświeskiego ks. Mieczysława Kubiaka.
  W roli aranżerów krwawych szaleństw wsławili się: Iwan Kalosza, sukcesor stoika po zamordowanym burmistrzu Teluku (Teluka) w Nieświeżu, poszukiwany do dziś zbrodniarz wojenny (vide Życie Warszawy z dn. 5 maja 1981 r.), Dymitr Kosmanowicz, komendant policji w Nieświeżu, Iwan i Sergiusz Awdziejowie, Aleś Winnicki, Wasyl Pietrowicz, Skwarcow, i szereg anonimowych oprawców.
  Zbrodniczym wynaturzeniom białoruskich siepaczy podbechtywali ich mocodawcy niemieccy, przykładem czego była o złowieszczym rozgłosie rezolucja Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy sformułowana w dokumencie pod nazwą "Polenaktion" zmierzająca do unicestwienia ludności polskiej, tego najcenniejszego czynnika niszczonej państwowości polskiej na okupowanych terenach wschodnich. Akcja polegać miała na szeroko zakrojonej deportacji na przymusowe roboty do Rzeszy i fizycznym wyniszczeniu w obozach śmierci warstwy najbardziej aktywnej. Właśnie tam podjęto zbrodniczą decyzję utworzenia na Białorusi dwóch obozów koncentracyjnych: w Kołdyczewie k/Baranowicz i w Trościańcu Małym pod Mińskiem. Realizację tego ludobójczego przedsięwzięcia powierzono białoruskim formacjom policyjnym. Akcję eksterminacyjną wspomagały bataliony kolaborantów ukraińskich, litewskich, łotewskich, tudzież brygada niemieckich kryminalistów Dirlewangera i oddziały RONA (Ruskaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armia).
  Po uruchomieniu obozu w Kołdyczewie masy aresztowanych skazańców kierowano do tego kacetu. W okresach przepełnienia obozu, który jednorazowo mógł pomieścić do kilku tysięcy więźniów, aresztowanych przetrzymywano w obozie przejściowym w Zdzięciole k/Nowogródka i sukcesywnie, w miarę opróżniania obozu kołdyczewskiego przez systematycznie trwające mordy, dosyłano nowe partie skazańców. Mówię skazańców, gdyż obóz nie był miejscem odbywania kary za jakieś tam przewinienie lecz miejscem zabijania. Każdy z zatrzymanych z góry był przeznaczony na stracenie i nie było wypadku zwolnienia kogokolwiek z uwięzionych. Aresztowania miały charakter łapanek, dlatego nawet osoby odwiedzające uwięzionych wtrącano do obozu. Tak właśnie między innymi wpadły w ręce oprawców obozowych Maria Lenczewska i Aleksandra Barszczewska, kiedy nieświadomie mogącego nastąpić w obozie aresztowania poszły tam na poszukiwanie wcześniej potajemnie porwanego Czesława Lenczewskiego, komendanta placówki AK w Stołowiczach.
  W okresie od marca 1942 do lipca 1944 roku w kołdyczewskim obozie śmierci wymordowano 22 tysiące więźniów mężczyzn, kobiet, dzieci, starców różnych zawodów i pochodzenia społecznego, przeważnie narodowości polskiej w tym ponad 40 księży katolickich. Powyższe ilości pomordowanych podaję za opublikowanym w roku 1965 w Mińsku, w wydaniu książkowym, swoistego rejestru zbrodni wojennych pt. "Priestuplenija niemiecko-faszistskich okupantów w Biełarusi".
  Publikacja prezentuje ustalenia sowieckich komisji specjalnych popartych wynikami ekshumacji odnalezionych w pobliżu obozu 24 dołów mogilnych o wymiarach 40 x 5 x 3 m wypełnionych zwałami nagięli i półnagich zwłok ze skrępowanymi do tyłu rękami: jeden, z przeszło tysiącem zwłok, na terenie samego obozu, 15 dołów w uroczysku Łozy odległym od obozu o około 2 km i 8 dołów w brzeźniaku Arabowszczyzna także oddalonego od obozu o około 2 km.
  Podczas ekshumacji pomordowanych, jesienią 1944 roku, przez sowieckie komisje sądowo-dochodzeniowe, miejscowej ludności wolno było przenosić zwłoki swoich najbliższych na istniejące cmentarze grzebalne, co też niektórzy i uczynili. Wstrząsającą relację o tej na zawsze bolesnej czynności podała Maria Lichutowa z domu Oleńska, była mieszkanka Okołowa: "przez parę dni poszukiwałam moich najbliższych w rozkopanych, wiejących trupią wonią, dołach mogilnych. W jednym z nich, znajdującym się na terenie samego obozu kołdyczewskiego, odnalazłam i wydobyłam zwłoki moich rodziców Adama i Anny Oleńskich, siostry Wiktorii Łotyszonek z domu Oleńskiej z przyciśniętym do piersi ciałkiem niemowlęcia płci żeńskiej urodzonym w obozie przed paru tygodniami, a także zwłoki wujostwa Mariana i Hipolity Popkowskich z folwarku Poruczyn, które pogrzebałam we wspólnym grobie na cmentarzu parafialnym w Horodyszczu. Na wydobytych z mogiły zwłokach nagięli i półnagich, nie zauważyłam śladów od kul z broni palnej z wyjątkiem ciała wuja Mariana Popkowskiego, który miał podziurawiony serią pocisków brzuch. W grobie z którego wydobyłam, zwłoki rodziców, znajdowało się mnóstwo drewnianych pałek, którymi, sądzę, ofiary były zabijane".
  Wiele ekshumowanych zwłok przeniesiono na różne cmentarze parafialne. I tak księdza Jana Jezierskiego parafianie przenieśli na cmentarz w Horodyszczu. Na cmentarzu w Nowogródku pogrzebano zwłoki rodzeństwa Ireny, Stanisława i Janiny Petrażyckich, Mieczysława Lichuty i jego 10-letniego syna Ryszarda, Janiny Ciechanowicz i jej półtorarocznej córeczki Krystyny, Stanisława i Mieczysława Lichutów.
  Imienne listy osób więzionych i pomordowanych w obozie kołdyszewskim nie zachowały się - archiwum spłonęło razem z barakami obozowymi. I tylko dzięki przekazom naocznych świadków, relacjom członków rodzin osób pomordowanych i kilku ocalałym więźniom możemy wpisać na listę ofiar tej potwornej masakry i w ten sposób przywrócić pamięci następujące nazwiska:"
  więcej na http://www.stankiewicze.com/index.php?kat=31&sub=468